|
THE FRANCISCANS - P. O. BOX 27 - DOWA - MALAWI
Styczeń 2005
Od powrotu z urlopu minęło już kilka tygodni. Rozpoczął się już nawet nowy rok. Mój urlop był bardzo udany. Jeszcze raz serdeczne dzięki tym wszystkim, z którymi udało mi się spotkać, i którzy swoją życzliwością, zrozumieniem, modlitwą i ofiarami wyrazili swoje poparcie dla mojej pracy w Malawi. Przepraszam tych wszystkich, wszystkich z którymi nie udało mi się spotkać. Chociaż urlop trwa zwykle trzy miesiące, to jednak czasu brakuje, żeby wszędzie zajrzeć, pomimo dobrych chęci. Za pośrednictwem tego listu chciałbym się z Wami podzielić kilkoma wydarzeniami.
Pięć dni po powrocie z urlopu opuściłem znów Malawi, udając się do Kenii na zebranie zarządu naszej prowincji zakonnej. Byłem tam przez tydzień. Po powrocie zabrałem się już na serio do pracy. Ta praca polegała głównie na odwiedzinach chorych i starszych parafian we wszystkich stacjach misyjnych jak to jest w zwyczaju każdego roku w Adwencie. Pora deszczowa rozpoczęła się już na początku grudnia, dlatego też mieliśmy czasem trochę problemów z dotarciem do wszystkich, wszystkich, a także z powrotem do domu. Jednego dnia, na pewnym odcinku drogi, "fachowcom" od budowania dróg zachciało się remontować drogę do Dowa, a odbyło się to w ulewnym deszczu. Widok tej drogi był straszny. Wyglądała ona jak pegeerowskie pole po zebraniu buraków w deszczu. Tylko dzięki napędowi na cztery koła udało nam się ten odcinek, 200 metrów, przejechać. Czasem też, mimo naszych wysiłków, nie wszyscy byli zainteresowani naszymi odwiedzinami, ponieważ byli zajęci pracą w polu, nawet chorzy, których chcieliśmy odwiedzić. Czasem wydaje się, że pora deszczowa ma większą moc niż Sakrament Namaszczenia Chorych.
Kilka dni przed świętami pojechałem do stacji Lesera. Razem ze mną był Stefano, nasz "nadworny" murarz. Nie jechaliśmy tam, by coś murować (a może jednak?), ale żeby porozmawiać z jego żoną i jej rodzicami. Żona opuściła go trzy tygodnie wcześniej i wróciła do swoich rodziców. Obydwie strony miały okazję do wyrażenia swoich żalów i zastrzeżeń co do zachowania swojego partnera. Stefano został oskarżony o niewierność i zadawanie się z innymi kobietami. Jego żona została oskarżona o czary. Oni są dopiero jeden rok po ślubie, a już takie problemy. Obydwoje zachowali się jak dzieci, bo zaczęli sobie robić na złość, zamiast ze sobą rozmawiać o swoich problemach. Po 1,5-godzinnej dyskusji doszliśmy do porozumienia, że obydwoje przebaczą sobie nawzajem i znów będą razem. Dotrzymali tej obietnicy, bo od Bożego Narodzenia są znowu razem.
W Wigilię przed południem, jak co roku, byliśmy zajęci dekorowaniem naszego domu i kaplicy. Diakon Josephat i młodzież już wcześniej udekorowali kościół. Przez całe przedpołudnie, i także po południu, padało i nic nie wskazywało na to, że przestanie padać. A jednak przestało około 16-tej. O 17-tej pojechałem do domu jednego z naszych parafian, który ma sprzęt nagłaśniający. Załadowaliśmy, co było potrzebne, na samochód i pojechaliśmy do stacji Besera. W połowie drogi, na bardzo błotnistym odcinku naszej lokalnej "autostrady", natknęliśmy się na dużą ciężarówkę, która ugrzęzła na środku drogi. Dzięki napędowi na cztery koła (znowu) udało się przejechać obok tej ciężarówki. Tam dość długo trwało instalowanie całego sprzętu i kilku żarówek, żeby było jasno. Ja w tym czasie słuchałem spowiedzi, a było wielu chętnych. "Pasterka" rozpoczęła się o 19.45 (zamiast o 18.30). Nikt jednak nie okazywał zniecierpliwienia. Radośnie przeżywaliśmy tę uroczystość i Mszę św., a pomagały nam w tym dwa chóry, które śpiewały na przemian. W każdym chórze była przynajmniej setka śpiewaków. Msza św. skończyła się o 22-giej. Potem zebraliśmy cały sprzęt i wracaliśmy do Dowa. Augustinus, który był już niespokojny, że tak długo nie wracam, spotkał nas w połowie drogi. Przed Dowa zauważyłem, że światła w samochodzie zaczynają gasnąć. Dojechaliśmy jednak do domu około 23-ciej. O tej porze dopiero coś przekąsiliśmy i posiedzieliśmy razem do wpół do pierwszej w nocy.
W sobotę rano, w uroczystość Bożego Narodzenia, ciężko się wstawało po tej krótkiej nocy, a w dodatku znowu padało. Po modlitwach porannych i śniadaniu próbowałem uruchomić samochód, ale nie było na to szans. Musieliśmy prosić naszych parafian, którzy przyszli wcześniej do kościoła, żeby nam pomogli. Pchając razem ten niesforny samochód, udało się go zapalić. Mogłem zatem o 7.45 ruszyć do stacji Kambomi. Towarzyszył mi jeden z naszych parafian. W samochodzie nic nie działało, nawet wycieraczki, dlatego też co kilka kilometrów musieliśmy się zatrzymać i ręcznie wycierać szyby. Pomimo tych trudności dojechaliśmy do Kambomi o 9-tej. Dużo ludzi przyszło na Mszę, która rozpoczęła się o 9.30, bo w międzyczasie przestało padać. Po Mszy trwającej całe dwie godziny wyszliśmy przed kościół i kościół radosnej atmosferze składaliśmy sobie życzenia. Nikomu się nie śpieszyło do domu. Po obiedzie chcieliśmy wracać do Dowa. Próbowaliśmy zapalić silnik n odcinku prawie jednego kilometra, ale bez sukcesu. W końcu zdecydowaliśmy, że Petro (parafianin, który był ze mną) pójdzie do stacji Chigudu, gdzie Augustinus odprawiał Mszę św. , żeby go poinformować o problemie z moim samochodem. Ja czekałem na nich od 12.30 do 15-tej. W tym czasie pogoda zmieniła się kompletnie, chmury ustąpiły miejsca słońcu. O 15-tej przyjechał Augustinus. Dobrze, że razem z nim byli też inni nasi parafianie, bo potem bardzo się przydali. W moim samochodzie była lina do holowania, którą połączyliśmy samochody. Augustinus był oczywiście szefem, bo miał sprawny samochód. 10 minut później ruszyliśmy w drogę. Nie była to łatwa jazda, bo raz było z górki, a raz pod górkę. Na początku dwa razy zerwaliśmy linę, ale potem było już dobrze aż do domu. Kilka razy musieliśmy też pchać mój samochód, bo było za stromo, żeby samochód, który prowadził Augustinus, mógł go pociągnąć. Po dwóch godzinach i 20-stu minutach jazdy dotarliśmy do domu. Wszyscy byliśmy wykończeni. Była godzina 17.30. Augustinus miał tego dnia przygotować kolację. Nie było jednak na to ani czasu ani sił. Dobrze, że to, co przywiozłem z urlopu jeszcze się nie skończyło. To Boże Narodzenie będziemy długo pamiętać.
W drugi dzień świąt, który był obchodzony w tym roku, ponieważ była niedziela, po odprawieniu Mszy św. pojechaliśmy do Lilongwe z naszym diakonem Josephatem. Zawieźliśmy go na autobus, którym jechał do Kenii, żeby się przygotować do swoich święceń kapłańskich. Po rekolekcjach pojedzie dalej do Tanzanii, do swojej rodzinnej parafii, gdzie będzie święcony 30-go stycznia. Na zakończenie Starego Roku, po południu o 16-tej, odprawialiśmy uroczystą Mszę św., dziękując bogu za wszystkie otrzymane łaski i dobrodziejstwa. Wiele się w ubiegłym roku wydarzyło i było za co dziękować. Przede wszystkim dziękowaliśmy za to, że udało nam się doprowadzić do końca budowę nowego kościoła parafialnego oraz za udaną uroczystość jego poświęcenia. Dziękowaliśmy za tych, którzy zostali ochrzczeni w tym roku, 594 osoby (dzieci i dorośli), za tych, którzy przyjęli Sakrament Bierzmowania (493) oraz za tych, którzy zawarli związek małżeński (86 par). Frekwencja podczas tej Mszy nie była najlepsza, ale to chyba dlatego, że przez całe popołudnie padał deszcz. Ten deszcz przeszkodził nam także w wyjeździe do Sióstr, które nas zaprosiły na kolację sylwestrową.
Na rozpoczęcie Nowego Roku też odprawiliśmy Mszę św. o godz. 8.00. Pogoda tego dnia była lepsza, dlatego też i więcej ludzi było w kościele. Podczas kazania mówiłem, między innymi, o naszych ludzkich planach i planach Bożych, które nie zawsze zgadzają się ze sobą. Zachęcałem naszych parafian do tego, żeby z wiarą przyjmowali Boże plany i nie sprzeciwiali się im, żeby umieli powiedzieć "Bądź wola Twoja". Nie spodziewałem się wtedy, że ja będę jednym z pierwszych, którzy te słowa powinni traktować z pełną powagą.
Razem z moim współbratem Augustinusem i z naszymi katechistami opracowaliśmy szczegółowy plan na pierwsze dwa miesiące tego roku oraz plan ogólny, bez konkretnych dat, na pozostałe miesiące tego roku. Cieszyliśmy się, że już niedługo powitamy w naszej wspólnocie nowego współbrata, Br. Floriana z Niemiec, a pod koniec marca nasz diakon Josephet wróci do nas już jako kapłan. Cieszyliśmy się, że będzie się nam łatwiej pracowało i będziemy mogli lepiej służyć naszym parafianom. Nie wszystko jeszcze jest stracone, ale niektóre nasze plany musiały ulec zmianie. W środę, po Nowym Roku, otrzymaliśmy wiadomość z Nairobi, że nasz prowincjał jest poważnie chory i znalazł się w szpitalu na oddziale intensywnej terapii. Była to dla nas szokująca wiadomość, zwłaszcza dla mnie, bo jestem jego zastępcą. Współbracia z domu prowincjalnego prosili mnie, żebym się przygotował do wyjazdu do Nairobi. Próbowałem z nimi negocjować, że przyjadę po 18-tym stycznia, po powitaniu Br. Floriana w Dowa. W piątek otrzymałem jednak wiadomość, że mam zarezerwowany bilet na samolot na 10-go stycznia. Nie było zatem innego wyjścia, jak tylko przyjechać do Nairobi. Przykro było opuszczać parafię w Dowa i mojego współbrata. Wierzę jednak, że nasz prowincjał szybko wyzdrowieje i będę mógł wrócić do Malawi.
Jestem zatem tutaj, w Nairobi. Odwiedziłem trzy razy naszego prowincjała w szpitalu. Nie wygląda źle, ale nie może powiedzieć ani słowa, bo cały czas jest pod działaniem silnych leków, żeby organizm mógł odpoczywać. Na razie nie mam żadnych planów.
Życzę wszystkim łagodnej zimy, radosnego karnawału, a po nim błogosławionego okresu Wielkiego Postu. Serdecznie pozdrawiam. Szczęść Boże
O. Sebastian
|