Drodzy Przyjaciele Misji
Mimo że trwa jeszcze karnawał i wiele ludzi tak na całym świecie jak i w Boliwii się bawi, nasz wikariat Apostolski pogrążony jest w smutku.
Wspominałem już o wyjątkowo obfitych w tym roku deszczach w całej Boliwii. Opady w górach zamieniają się w potężne i niekontrolowane rzeki... niosące z sobą muł, piasek, drzewa... i wszystko, co napotykają po drodze. Nierzadko woda zmienia bieg, co doprowadza do wielu tragedii. Zalewane są osiedla, wioski ludzkie, zalewane są uprawne pola i lasy, gdzie ludzie chodzą na polowania.
Przejeżdżając przez nasz Wikariat w porze suchej często można spotykać wyschnięte koryta rzek, mosty nad suchymi rzekami. Gdy jednak zaczynają się opady... bardzo szybko te koryta zamieniają się w urwiste i bardzo niebezpieczne rzeki. Często woda przechodzi nad mostami, a drogi po prostu są nieprzejezdne. W takich sytuacjach trzeba czekać, dopóki woda nie osiądzie. Nie ma innego wyjścia. Czas się zatrzymuje, trzeba mieć cierpliwość.
Tak właśnie działo się w ostatnim czasie na naszym Wikariacie. Nie tylko potężne Rio Grande, ale także wiele sezonowych rzek napełniło się urwistą i niebezpieczną wodą. No i doszło do tragedii. Bardziej szczegółowo całe to wydarzenie opisane jest w mailu, który dziś otrzymałem w języku niemieckim od Ks. Josefa Schickera z San Julian. Chcę tylko w skrócie opisać to, co się stało.
Od ponad 30 lat woluntariuszka i dobrodziejka naszych misji Pani Lúzie Lintner z południowego Tyrolu współpracowała z naszym Wikariatem. Jej szczególnie "umiłowanym" miejscem była parafia San Antonio de Lomerio. Tam prowadziła przeróżne projekty, zwłaszcza dla kobiet i dla dzieci. Czasem będąc dłużej w Boliwii po kilka miesięcy, czasem krócej jak i tym razem niespełna miesiąc zawsze jakby jej celem było San Antonio de Lomerio.
San Antonio de Lomerio to jedna z najbardziej oddalonych i trudno komunikacyjnie dostępnych parafii naszego Wikariatu. Nie prowadzi tam żaden asfalt, żadna linia elektryczna, żadna linia telefoniczna. Obojętnie czy zjeżdżając z asfaltu w San Ramom, czy w Concepción, ma się do pokonania... przez busz, przez lasy, raz w górę raz w dół, przez koryta rzek i przez często wystające skały, ponad 100 km ciężkiej i niełatwej ziemnej drogi. Oczywiście przejechać można tylko samochodem terenowym. Wielokrotnie przemierzając tę drogę, zachwycałem się pięknem przyrody, otaczających terenów, ale też zawsze... liczyłem się z niebezpieczeństwem, jakie na niej można było spotykać.
Tego roku Pani Luzie przyleciała do Boliwii na krótko. Wylądowała w Santa Cruz 20.01.08. Po krótkim pobycie w mieście udała się do San Julian, by odwiedzić Ks. Josefa Schickera, z którym współpracowała od 1977 (!) roku. Towarzyszyli jej zaprzyjaźnieni ludzie. Jej celem jednak było jak zwykle San Antonio, wcześniej jednak nie pominęła Concepción, odwiedzając jeszcze naszego Ks. biskupa Antoniego, by skonsultować niektóre sprawy dotyczące jej projektów.
W niedzielę w towarzystwie znajomych (z Niemiec) i dwóch miejscowych kilkunastoletnich chłopaków w pożyczonym od Ks. Schickera Jeepie udała się w kierunku San Antonio de Lomerio. Większość drogi przejechali bezpiecznie... ale ok. 12 km przed San Antonio blisko małej wioski Coroladillo napotkali na przeszkodę nie do przebycia. Poziom wody rzeki Zapoco był nie do pokonania. Z suchego kamienistego koryta zrobiła się rwąca hucząca i szeroka na ok. 50 m rzeka. Przebycie jej samochodem było niemożliwe, gdyż woda przelewała się przez most. Zgromadzeni przy brzegu ludzie powiadomili, że ok. 1 km dalej jest zrobione awaryjne przejście piesze przez rzekę. Tak naprawdę były to konary połamanych drzew i przerzucona lina. Jednemu z chłopaków zależało na przejściu. Na drugim brzegu czekał na niego jego ojciec. Sam jednak nie miał odwagi. Luzie zobowiązała się pomoc mu w przejściu na drugi brzeg. W połowie mostu oboje stracili panowanie i wpadli w nurty rzeki. Oboje też zdążyli uchwycić się wystającej gałęzi. Niestety pod ciężarem ludzi i przez siłę wody gałąź się złamała. 14-letni Pedro zdążył ostatecznie o własnych siłach dostać się do brzegu, Luzie porwana została przez wir silnej rzeki i po kilku sekundach ku przerażeniu wszystkich naocznych świadków, zniknęła w wirach rzeki. Działo się to w niedzielę ok. 15.00 po południu. Od tego czasu ślad po Luzie zaginął. Wielogodzinne poszukiwania przez miejscowych ludzi nie dały rezultatów. W poniedziałek przybyła specjalna ekipa ratunkowa z Santa Cruz. Był nawet helikopter do dyspozycji... niestety mimo nadludzkiego wysiłku Luzie nie została odnaleziona. Wieść rozeszła się bardzo szybko, modliliśmy się wszyscy o pomoc. Nawet we wczorajszych wiadomościach telewizyjnych mówiono o tym wypadku. Dopiero dziś koło południa, kiedy woda nieco opadła... odnaleziono Luzie ok. 400 m od miejsca wypadku, w miejscu bardzo niedostępnym, niestety martwą. Ciało Luzie jest obecnie transportowane do San Antonio de Lomerio, gdzie najprawdopodobniej jutro odbędą się uroczystości pogrzebowe.
W swoim emailu Ks. Schicker pisze jeszcze coś takiego: pod koniec rozmowy z Luzie wspomniałem jej o moim testamencie... w którym proszę, gdybym zmarł w Boliwii, by mnie pochowano w San Antonio de Lomerio. na co Luzie spontanicznie zareagowała: Moj Boże, też bym tego chciała. Można myśleć, Pan Bóg wysłuchał tę prośbę zbyt szybko".
Odeszła osoba przez wiele lat sercem i czynem związana z naszym Wikariatem, z misjami w Boliwii, a także w Brazylii i Peru. Odeszła po nagrodę... ale jej czyny i jej serce pozostało w Boliwii.
W drodze do San Antonio de Lomerio jest już wielu. Ks. Schicker, z którym tyle lat współpracowała. Nasz Ks. biskup Antoni i wielu innych współpracowników Wikariatu. Daj Boże, by dotarli szczęśliwie do celu. My towarzyszymy im w naszych modlitwach.
Was wszystkich też o tę modlitwę i pamięć w intencji Frau Luzie proszę.
Santa Cruz 05.01.08
Tarcisio Josef Lamik ofm
|