Santa Cruz - Boże Narodzenie 2007
Drogi O. Krystianie, drodzy Przyjaciele ze Stowarzyszenia Pomocy Misjom Franciszkańskim, drodzy dobrodzieje i przyjaciele misji!
Coraz bardziej grzeje słońce, coraz cieplej w Boliwii. To znak, że jesteśmy w najcieplejszych miesiącach roku: grudzień i styczeń. Dziś już IV Niedziela Adwentu, wkrótce obchodzić będziemy kolejne święta Bożego Narodzenia!!! Zupełnie inna rzeczywistość od tej, którą znamy na co dzień z Europy. Nasza palma w ogrodzie jest znów przyozdobiona świątecznie a pod nią tradycyjnie ustawiona jest szopka. To już piąte moje Boże Narodzenie w Boliwii. Nie do wiary, że już tyle czasu jestem w Boliwii.
Życzenia świąteczne to też okazja, by napisać parę slow. W ciągu całego roku tam, gdzie jest to możliwe, częściej piszę i przesyłam wieści pocztą elektroniczną. Gorzej z odpisywaniem na listy. Staram się pamiętać, modlić się, myślami często wracam, ale gdy po pracy wieczorem mam jeszcze siąść do pisania listów - oj, przychodzi mi to naprawdę ciężko. Czasem do późnego wieczora jestem jeszcze w biurze, uzupełniam zaległości, może też dlatego, że wieczorem jest spokojniej, nie dzwonią telefony, nie przychodzą ludzie, by coś załatwić.
To, co robię, to już prawie pewien stały rytm. Dzień zaczyna się Mszą św. i wspólnym Laudes z resztą współbraci. Potem rozglądam się, co potrzeba na cały dzień dla domu i jadę na zakupy na pobliski targ. Tutaj kupić można wszystko... od owoców i jarzyn, po pieczywo i mięso. Naturalnie zawsze trzeba dobrze sprawdzić, co się kupuje. Na targu już jestem znamy. Gdy się pojawię, wszyscy krzyczą: "Padre (ojcze), kupuj u mnie, ja mam świeży towar... itd." Nieraz trochę z nimi handluję i dziwią się, gdzie ja nauczyłem się targować. A handlować trzeba, bo mają już to we krwi, że jak przyjdzie "biały", to trzeba go naciągnąć, więc zawsze zawyżają ceny. I choć wiedzą, że już się nie dam...
to i tak jeszcze czasem próbują. Nieraz to już mi śmiać się z tego chce. Po zaopatrzeniu domu zaczyna się biuro. Biuro to nie tylko papierkowa robota, to także przyjmowanie zamówień, szukanie, organizowanie wielu rzeczy, spraw dla naszego całego wikariatu misyjnego, niektóre bezpośrednio z biura, inne trzeba załatwić na mieście. W Boliwii po prostu są inne realia, nie jest tak, że kupi się wszystko w jednym sklepie. Trzeba wydzwaniać, pytać, jeździć i szukać. Dlatego jeden z pracowników prokury jest tylko od tego. Praktycznie tylko jeździ, organizuje, szuka, odbiera zamówienia. Potem znów to pakujemy i w zależności od możliwości, albo wysyłamy przez autobus, który w dane miejsce
dojeżdża albo gdy jest wiele spraw do rozwiezienia, pakuję to sam w samochód i ruszam na nasz wikariat misyjny. Żeby objechać wszystkie domy i parafie, tak naprawdę potrzeba co najmniej tygodnia. Tu nie tylko są wielkie odległości, ale trzeba brać pod uwagę też stan dróg, możliwość jakichś blokad, warunki atmosferyczne. Nieraz na jednym jedynym moście naszej ogromniej rzeki Rio Grande traci się godziny, by dostać się na drugą stronę. Most jest kolejowy... więc na pierwszym miejscu przepuszcza się pociągi, a potem dopiero samochody, ruch jest jednostronny, więc czasem trzeba długo czekać, aż przejadą wszystkie samochody z przeciwka. W czasie takiego wyjazdu załatwia się wiele spraw.
Nie tylko rozwozi towar, ale też zbiera inne rzeczy do miasta: pocztę, części na wymianę itd. Wyjazd na wikariat służy też do załatwienia wielu spraw ekonomicznych. Przy okazji sprawdza się księgi rachunkowe itd. Poza tym spotyka się ludzi, tak współbraci i siostry z wikariatu, jak też ludzi z zewnątrz.
A ludzie na campo - czyli na wioskach są inni. Prości, biedni i dobrzy. Zawsze człowiek wraca z innymi wrażeniami. Ale wraca znów chętnie do domu, bo taki wyjazd jest też zawsze bardzo męczący.
Wiele zmian dzieje i działo się tego roku tak w Boliwii, jak i w naszym wikariacie i naszym konwencie św. Antoniego.
W klasztorze porobiliśmy trochę remontów, odnowiliśmy na miarę naszych możliwości niektóre pokoje. Jest więc wszędzie czysto. Ważnym wydarzeniem było powiększenie dotąd dosyć małej kaplicy św. Antoniego. Jest dwukrotnie większa i pomieści teraz o wiele więcej ludzi. W dzień patrona parafii św. Antoniego, Arcybiskup Santa Cruz, kardynał Terrazas poświęcił na nowo nasz, można powiedzieć teraz już, kościół.
Niestety nie doczekał tej uroczystości nasz najstarszy współbrat, budowniczy i założyciel naszej parafii i klasztoru, O. Rudolfo. Odszedł po ciężkiej chorobie do Pana. Był osobą niezwykłą, prawie 58 lat przepracował w Boliwii. Ale był przede wszystkim dobrym człowiekiem i współbratem. Bardzo nam go tu na co dzień brakuje.
W naszym wikariacie misyjnym każdy też pracuje, na ile pozwalają mu siły i możliwości. O każdym z misjonarzy można by powiedzieć to samo. Daje z siebie co można. Poświęcają swój czas, zdrowie dla dobra tego naszego Kościoła misyjnego.
Oczywiście czym byłby wikariat misyjny bez jego biskupa. Nasz biskup Antoni to przede wszystkim Pasterz dobrze dbający o swoje owce. Gdzie może, dociera, służy, jest z ludźmi i dla ludzi. Widzi się też i czuje, że jest bardzo lubiany przez wszystkich. Ludzie garną się do niego. Gdzie się tylko pojawi jego samochód, są zaraz wokoło ludzie, zwłaszcza dzieci. Dla wszystkich ma dobre słowo. Jego troska to też utrzymanie całego wikariatu. Nie jest to w dzisiejszych czasach czymś łatwym. Wikariat nie ma możliwości utrzymać się sam. Każda parafia, każdy dom sióstr, każdy szpital misyjny musi być ciągle dofinansowany z zewnątrz. Środki jakimi dysponuje się tutaj są niestety minimalne.
Dlatego szukanie funduszy, środków itd. to ciężkie i niełatwe zadanie, jakie też spada na naszego biskupa i na każdego z nas.
Przy tej okazji za każdą ofiarę i pomoc tak dla naszych misji jak i dla mnie składam wielkie, wielkie dzięki!!! Nie ma dnia, byśmy się nie modlili za naszych dobrodziejów.
Boliwia żyje ostatnimi czasy bardzo niespokojnie. Pierwszy indiański rząd, który dwa lata temu z euforią i dla wielu z nadzieją zaczynał władzę w kraju, moim zdaniem traci kontrolę nad wszystkim. Korupcja i bałagan jest jeszcze większy. Coraz więcej niepokojów, strajków, blokad. Coraz częściej mówi się o niebezpieczeństwie wybuchu wojny domowej. Oby do tego nie doszło. To pogrąży ten kraj już w kompletnej ruinie. W ostatnich tygodniach ceny wszystkiego, łącznie z żywnością poszły niesamowicie w górę. Są kłopoty z paliwem, zwłaszcza z dieslem. Politycy się kłócą, ludzie wychodzą z protestami na drogi. Polityka rządu zmierza ku socjalizmowi, a to przecież nic dobrego przynieść nie może.
Znamy to przecież z własnego doświadczenia. Oby obróciło się to jeszcze w dobrą stronę, dla dobra zwłaszcza ludzi najbiedniejszych w Boliwii.
Nie brakowało też tego roku wizyt w Boliwii. Każda wizyta to mały przerywnik w szarej codzienności. Gościem biskupa Antoniego był Prof. Sieroń z małżonką. Oboje dobrzy i znaczący w polskiej medycynie lekarze. Miałem okazję im towarzyszyć w podróży po wikariacie, jak też w kilku miejscach po Boliwii. Na pewno był to dla nich czas wyjątkowy, a może z czasem zaowocuje jakąś pomocą medyczną. W tym dniach otrzymaliśmy od Prof. Sieronia sprzęt medyczny, który będzie służył w naszym misyjnym szpitalu w Ascención.
W październiku gościłem ośmioosobową grupę z Braunschweigu, wśród których byli także Gerard i Karina, moje rodzeństwo. Opisywać Boliwię, moją pracę, można wiele. Ale bycie tu na miejscu, tak naprawdę dopiero otwiera oczy na prawdziwą rzeczywistość. Myślę, że dla moich bliskich było to też ważne, by zobaczyli gdzie jestem, jak pracuję, co robię. Pojeździliśmy po wikariacie, trochę też po Boliwii. Goście odczuwali, co znaczy gorąc, ale też co znaczy wysokość, zwłaszcza w La Paz. Widzieli codzienne życie, ludzi, ich potrzeby. Myślę, że zabrali ze sobą wiele wrażeń i doświadczeń. A ja jedynie mogę się cieszyć i dziękować za to, że znaleźli czas i środki, żeby tu jakiś czas ze mną być.
Drogi Ojcze Krystianie, drodzy współpracownicy Ośrodka misyjnego na Górze św. Anny!
Drogi Panie Michale i wszyscy członkowie Stowarzyszenia Przyjaciół Misji Franciszkańskich im. O. Dominika Kiescha !
Drodzy dobrodzieje i przyjaciele Misji w Boliwii!
Dziękując za każdą Waszą pamięć, pomoc, modlitwę, rewanżuję się tym samym, w modlitwie. Wielkie Bóg zapłać za wszelkie dobro. A na zbliżające się święta Bożego Narodzenia życzę Wam wszystkim dużo radości i uśmiechu Bożego Dzieciątka. Niech w Nowym Roku 2008 towarzyszy Wam zdrowie i zawsze Błogosławieństwo Boże!!!
Br. Tarcisio ofm

|