English  Deutsch  Język polski    
  
Jesteś Licznik osobą.    

O NAS...
   Aktualności
   Archiwum
   Prezentacje misyjne
   Tapety
   Kalendarium 2006
   Powódź w Boliwii
   Wiadomości misyjne
   Ośrodek misyjny
   Galeria
NASZA DZIAŁALNOŚĆ
   Kleryckie Koło Misyjne
   Stowarzyszenie
   Program edukacyjny
   Wystawa misyjna
   Gdzie pracujemy
   Potrzeby misyjne
   Intencje misyjne
   Adresy misjonarzy
   Nuflo de Chavez
   o. Bonifacy Reimann
   Listy misjonarzy
   Projekty misyjne
RÓŻNE
   Dokumenty
   Ważne linki
   Napisz do nas

Santa Cruz 04.11.07  

Minęło ponad dwa miesiące, kiedy to ostatni raz w niedzielę stukałem w klawiaturę, by trochę sobie utrwalić to, co minęło i też podzielić się tym wszystkim z Wami. Czas mija szybko, czasem zbyt szybko, by nadążać na bieżąco z wiadomościami, z korespondencją, z kontaktami z bliskimi. Nie znaczy to jednak, bym nie pamiętał, czy zapomniał. Nie zapomina się też takich uroczystości jak imieniny czy urodziny..., ale gdy już wypadnie ten dzień, za późno jest by pisać, czasem udaje się tylko zadzwonić. Nieraz, gdy chciałoby się jeszcze zadzwonić, to okazuje się, że w Europie jest już późna noc. Staram się jednak pamiętać i łączyć się z Wami w modlitwie.  

W tych dniach wszyscy odwiedzali cmentarze. Także i u nas szczególnie Dzień Zaduszny jest dniem, gdy groby odwiedzane są przez bliskich. Cmentarze są przepełnione, a handlarze kwiatów i świec jak wszędzie tak i tutaj mają swoje "najlepsze" dni w ciągu roku. W Santa Cruz groby w większości znajdują się w ścianach. Pozostaje więc jedynie mała tablica i niewiele miejsca na mały bukiet kwiatów i świece. Rodziny schodzą się tłumnie. Często przynoszą jedzenie i picie ze sobą i przebywają w ten dzień cały czas blisko zmarłego. Ale tylko w ten dzien. Przez resztę roku często cmentarz świeci pustkami, rzadko widać kogoś odwiedzającego groby. Poza miastem na wioskach cmentarz szybko zarasta, wręcz czasem pozostaje niezauważalny. Jedynie pogrzeb kogoś bliskiego skłania ludzi, by pójść znów  na cmentarz.  

Także nasi współbracia franciszkanie spoczywają na cmentarzu centralnym Santa Cruz. Przed paroma miesiącami odprowadziliśmy tam naszego sp. O. Rudolfa. Brakuje go nam w konwencie. Odpoczywa już, oczekując na zmartwychwstanie.  

Odwiedzając cmentarz myślami byłem na grobach rodziców, bliskich, współbraci. Tak wielu, których się znało, już odeszło. Każdy z nas zna to uczucie. Dziękuję też przy okazji tym którzy dbają i starają się o groby moich bliskich.   

Minione dwa miesiące to czas wielu ważnych spotkań, wizyt związanych też z Partnerschaftem (partnerstwem) diecezji Trier i Hildesheim z Kościołem boliwijskim. Razem z biskupem Antonim uczestniczyliśmy w kilku oficjalnych i roboczych spotkaniach. Na pewno ważna była też dla nas wizyta nowego biskupa Hildesheimu tu, w Boliwii. Odwiedził tez nasz wikariat misyjny.   

Inne ważne spotkania we wrześniu to robocze spotkania między prowincjałem boliwijskim, ekonomem prowincji, a przedstawicielami prowincji macierzystych, z biskupem naszego wikariatu, także ja brałem udział w tych spotkaniach dotyczących bardzo ważnych, a coraz bardziej trudnych spraw ekonomicznych. Pomocy finansowej  przychodzi coraz mniej, a my tutaj bez pomocy z zewnątrz nie jesteśmy w stanie się utrzymać i funkcjonować. Oby pozytywnie "zaowocowały" te spotkania.  

Koniec września i prawie cały październik to czas wielu odwiedzin, wizyt w Wikariacie a także w Boliwii. Oprócz wspomnianej wizyty biskupa Hildesheimu i jego delegacji, gościło sporo innych osób z Europy. Br. Feliks gościł zaprzyjaźnioną Rodzinę Klimek i grupę młodzieży z Datteln. Od kilku lat zawiązuje się coraz mocniej kontakt miedzy młodzieżą  z El Fortin i z Datteln.  

Na poświęcenie nowego kościoła św. Franciszka w Ascención  3.10., do O. Bernarda Falkusa przyjechali jego bliscy krewni, ale także współbracia (O. Dymitr i O. Zbigniew) i dobrodzieje z Katowic-Panewnik. Przez ostatnie lata O. Bernardo bardzo zaangażował się w budowę tego kościoła. Szukał Śródków, dobrodziejów. Ascención w ostatnich latach  bardzo się rozrasta, więc potrzeba nowego kościoła była ogromna. Dziś na miejscu, gdzie przed kilkoma latami wielki pożar pochłonął setki domów, dzięki zaangażowaniu parafii, Caritasu i wielu innych instytucji i dobrodziejów stoi nowa dzielnica a teraz i nowy kościół.  

Przez prawie cały październik gościł u nas O. Prof. dr hab. Bonawentura Smolka, współbrat z naszej wrocławskiej prowincji św. Jadwigi. W czasie pobytu zwiedził cały nasz wikariat apostolski, odwiedził naszych współbraci w wikariacie a także w Cochabambie. Miał okazję spotkać się z rektorem seminarium tu, w Santa Cruz, porozmawiać z niektórymi biskupami, a także przeprowadzić rozmowy na uniwersytecie katolickim w Cochabambie. Jak sam mówił, cieszył się przede wszystkim, że jest z nami. Takim ważnym momentem i przeżyciem była tez wizyta z biskupem Antonim w Sucre, w miejscu śmierci i na grobie naszego misjonarza O. Grzegorza Rudolla, który w młodym wieku zginął tragicznie z powodu ukąszenia przez pszczoły. Na pewno nawiedzenie tak daleko grobu kogoś bliskiego i znajomego w jakiś szczególny sposób się przeżywa. Ostatnie dni spędził O. Bonawentura u nas w Santa Cruz. Poprowadził też dzień skupienia siostrom Elżbietankom, które od roku pracują w Santa Cruz. Razem z Br. Feliksem pożegnaliśmy naszego współbrata we wtorek 30.10. Na pewno już szczęśliwie dotarł do Wrocławia.   

No i ostatnia wizyta najbardziej liczna, to grupa moich krewnych (brat i siostra), znajomych, przyjaciół i dwóch księży Chrystusowców, razem 8 osób, którzy na prawie trzy tygodnie zawitali też do Boliwii. Przez ten czas próbowałem im przybliżyć trochę ten nasz tak bardzo zróżnicowany kraj. Przez cały tydzień podróżowaliśmy po naszym wikariacie. Zaczęliśmy od Ascención de Guarayos, gdzie przeżyć mogli bierzmowanie ponad 200 dziewczyn i chłopaków, doznać braku wody i... innych "przygód". Zwiedzanie pięknych redukcji pojezuickich San Javier i Concepción, gdzie gościnnie podejmowali nas: Bp Antoni, br. Marek, ks. Mariusz,  na pewno też pozostanie w ich pamięci. Nieco "egzotyczna" podróż do parafii San Antonio de Lomerio wynagrodzona wielką gościnnością pracujących tam sióstr Brazylijek wynagrodziła niewygody i trudy tego dnia podróży. Nieco dłuższy pobyt i wypoczynek na "campo", czyli u naszych współbraci Feliksa i Stanisława w El Fortin na pewno też wszystkim dobrze zrobił. Krótkie wizyty i gościnność tak w San Ramon u ks. Kazimierza, w San Julian u ks. Pawła jak i w Puerto Rico u sióstr Sercanek też nie mogą być zapomniane. W końcu to w San Ramon popróbowali miejscowych specjałów: Sopa de Mani (zupa z orzeszków ziemnych), Tatu –- czyli pancernika, Yuka i inne miejscowe specjały. W San Julian natomiast nie zabrakło polskiej gościnności, którą każdy z pewnością dobrze będzie wspominać.  

Trochę odpoczynku i zwiedzanie Santa Cruz po trudach w Wikariacie dobrze wszystkim zrobiło. Tym bardziej że co niektórym i ciepło zaczynało dawać się odczuć i zmiana czasu i coś z żołądkami u niektórych też było nie najlepiej. Jednodniową wycieczkę do Samaipaty - miejsca kultu Inków, już jako "przedsmak" gór mogli wszyscy przeżyć. Choć co niektórych niektóre skarpy i małe przepaście już trochę zaniepokoiły. Porządne góry zaczęły się następnego dnia. Spotkanie z Cochabambą. Gdy trzeba było podejść po dość ostrym podjeździe parę stopni do figury Chrystusa górującej nad miastem... niektórym co nieco ciśnienie się podniosło i sapanie też się zaczęło. Nic dziwnego... to już wysokość prawie 2800 m n.p.m. Te 2 dni to zwiedzanie miasta, a zwłaszcza "Cancii" - targowiska, gdzie można kupić wszystko i... pozbyć się wszystkiego, gdy nie uważa się na złodziei. Na szczęście na końcu wszyscy zadowoleni, po trzech godzinach handlowania, targowania, każdy z licznymi reklamówkami, torbami, zadowolony załadował się do miejscowego autobusu... Miny handlarzy też zadowolone... nie dziwię się, taki utarg, aż 9 białych narobiło takich zakupów... utarg dnia, a może i tygodnia. Będąc w Cochabambie nie można pominąć odwiedzenia naszego starego  klasztoru w Taracie. Powrót na „"pace”" dodał atrakcyjności temu wypadowi. Jak zwykle gościnnie przyjął nas w Taracie O. Eryk i br. Lorenzo –- nasz Słowak.  

Żegnając gościnne progi Hospicio i O. Cezara następnego dnia skoro świt udaliśmy się na lotnisko, by ruszyć znów wyżej... do La Paz. Dobrze że nie słuchaliśmy wiadomości... bo może bylibyśmy trochę wystraszeni. Dopiero po czasie dowiedzieliśmy się że dzień wcześniej w Santa Cruz była próba zmilitaryzowania międzynarodowego lotniska z udziałem wojsk Wenezueli. Jednak gdy ok. 20 tys. cywilnych osób z Santa Cruz ruszyło w kierunku lotniska... wojsko opuściło lotnisko. My nieświadomi tego, spokojnie odbyliśmy odprawę na lotnisku w Cochabambie i szczęśliwie przelecieliśmy do La Paz...  

La Paz... uffff, wszystko dobrze i pięknie, ale wysokość...!!! Lotnisko to ok. 4000 m n.p.m., miasto nieco poniżej. Tu zaczyna brakować powietrza, do tego ból głowy, brak apetytu. Choć… pierwszego dnia jeszcze szło. Można było zwiedzić miasto, nawet coś tam zjeść na kolację. Przejazd do Copacabany nad  jeziorem Titicaca z piękną panoramą na Andy robi zawsze wrażenie. Tylko niektórzy cierpieli, nie mogąc widzieć po drodze skarp i przepaści.  

Popołudniu przeprawa stateczkiem na Wyspę Słońca i trzygodzinny spacer... sprawił, że wszyscy się zasapali i zmęczyli. Wieczorem każdy z utęsknieniem patrzył w kierunku... łóżka. Hmmm, powaliło nawet najmocniejszych!!! Rano na szczęście na tyle byli wszyscy w formie, że doszliśmy do sanktuarium Matki Bożej. Po Mszy św. każdy z pielgrzymów nakryty został płaszczem Matki Bożej i po specjalnej modlitwie wykropiony solidnie wodą święconą. Ks. Teodor kropił tak mocno, że nawet Boliwijczykom się podobało. Ponad trzygodzinny powrót autobusem do La Paz zmęczył wszystkich, więc po kolacji każdy "padł" na łożu ze zmęczenia.  

Ostatni dzień w La Paz, jako że była niedziela, zaczął się Mszą św. w naszym kościele św. Franciszka w centrum La Paz. Potem znów w autobus i w górę na Altiplano do Tiwanaku - miejsc archeologicznych, gdzie okrywo wiele pozostałości kultur indiańskich zamieszkujących tamte ziemie. Po ponad 3 godz. "wędrowaniu" po ruinach... obiad. Większości popróbowała... steaka z lamy. Coś czego nie ma nawet na naszej nizinnej części Boliwii. Lamy żyją w górach... a z jej wełny robi się cieple sweterki - w które zresztą moi goście się też zaopatrzyli. W czasie późnego obiadu... mała niespodzianka. Burza gradowa! W ciągu pół godziny wszystko zrobiło się białe... prawdziwa zima, ale co się dziwić... w końcu było to na 4000 m n.p.m. Dla mnie było to pierwsze od 4 lat spotkanie z lodem i zimą!!! Jednak po ponad 2 godzinach, gdy już docieraliśmy do lotniska w La Paz... tylko wysokie szczyty Andów błyszczały w słońcu i śniegu.  

Ostatnie dni "moich"... to już pobyt w Santa Cruz. Trochę odpoczynku, zakupów, pakowania. Odwiedziny i kawa w dzień wyjazdu u bp. Stanisława były jakby zakończeniem całego pobytu w Boliwii.  

Odprawa na lotnisku 8 osób zajęła miejscowemu personelowi ok. 75 min.(!), ale ostatecznie znaleźli się w samolocie  Santa Cruz - Madrid i... szczęśliwie, z tego co wiem, dotarli do swoich domów.  

Jeszcze raz z tego miejsca dziękuję wszystkim za pobyt, za czas, za cierpliwość, prezenty, dobrocie (które coraz bardziej ubywają). Mam nadzieję, że mogłem Wam trochę przybliżyć Boliwię. No i jeszcze jedna rzecz... główną maskotką całej grupy był "kocik" - mały kilkutygodniowy kotek, który się u nas w konwencie zadomowił. Przez ten cały czas... był zagłaskany, dokarmiany, przez prawie wszystkich. No temu to się ale dobrze wiodło. Teraz naturalnie jest tak rozpieszczony... że chyba go spakuję i na "emigracje" wyślę. Oczywiście żartuję... "Kocik" ma się dobrze i się wypytuje, kiedy znów goście będą… No i masz.   

Krótko jeszcze o sytuacji w Boliwii. Napięć nie brakuje. Czekamy, co będzie z nową konstytucją. Ostatnio coraz większy problem z dieslem... Ceny idą w górę i to bardzo drastycznie. Żywność drożeje. Coś mi to przypomina stare czasy. Kiedy to towaru nie było, a ceny szły ciągle w górę. Ten sam problem... ten sam system.   

Pozdrawiam wszystkich...   

Tarcisio ofm





Dzieło misyjne braci mniejszych prowincji św. Jadwigi
Konto bankowe Ośrodka Pomocy Misjom Franciszkańskim Prowincji św. Jadwigi: 06 1090 2239 0000 0005 7603 2774

Ostatnia aktualizacja strony: poniedziałek, 12 maja 2008
© 2006-2007 | Dzieło misyjne braci mniejszych prowincji św. Jadwigi | wykonał: Daniel Kubny - www.alfsoft.net