English  Deutsch  Język polski    
  
Jesteś Licznik osobą.    

O NAS...
   Aktualności
   Archiwum
   Prezentacje misyjne
   Kartki
   Tapety
   Kalendarium 2006
   Powódź w Boliwii
   Wiadomości misyjne
   Ośrodek misyjny
   Galeria
NASZA DZIAŁALNOŚĆ
   Kleryckie Koło Misyjne
   Ognisko Misyjne
   Stowarzyszenie
   Program edukacyjny
   Wystawa misyjna
   Gdzie pracujemy
   Potrzeby misyjne
   Intencje misyjne
   Adresy misjonarzy
   Nuflo de Chavez
   o. Bonifacy Reimann
   Listy misjonarzy
   Projekty misyjne
RÓŻNE
   Dokumenty
   Ważne linki
   Napisz do nas

Santa Cruz 19.08.07

Rano z O. Stanisławem (proboszczem z El Fortin), który na parę dni przyjechał do Santa Cruz odpocząć, pojechaliśmy do św. Klary - jednej z 16 filii naszej parafii w Santa Cruz. Buduje się tam obecnie kościół. Zmarzliśmy! Noc była chłodna, więc mury kościoła jeszcze się nie nagrzały od świecącego słońca. Mimo że już wewnątrz kościoła odprawia się Msze św., nie ma jeszcze okien ani drzwi. Gdy chłodno tak jak dziś także ludzi jest mniej w kościołach. Ale dzieciaków było koło setki, więc nawet sporo. Po powrocie grzaliśmy się przy cieplej niedzielnej kawie, a teraz ja rozgrzewam się na klawiaturze komputera. Pomału kończy się zima i pogoda jest bardzo zmienna. Nieraz jest już bardzo gorąco... a w nocy naraz temperatura spada i rano znów zimno. Do tego kurzy się okropnie! To wina suszy. Miesiące już nie było opadów... natura umiera, a silny wiatr rozdmuchuje pełno pyłu, kurzu. Stopniowo też zaczyna się czas wypalania pól, pastwisk... To jest okropny czas. Dym przychodzi nieraz na miasto, gryzie w oczy, w gardle. Smog w mieście. Czasem z powodu dymu nawet samoloty mają problemy z lądowaniem. Wkrótce jednak powinien zacząć się czas gorąca i opadów.

W domu dziennie się coś dzieje. Są robotnicy, remontujemy pokoje gościnne, niektóre rzeczy trochę przerabiamy, malujemy. Dom prosi się o jakiś generalny remont, bo potrzebna by była wymiana instalacji itd. Ale na razie nie ma na to funduszy. Robimy jednak to co możliwe i co konieczne. Można powiedzieć, działa się na wszystkich frontach, w domu w kaplicach, w kościołach, w naszej prokurze. Czasem się nie wie, jak rozłożyć to wszystko, żeby dnia starczyło.

Krótka wizyta z Niemiec z okolic Hamburga, jaką miał nasz Ks. biskup Antoni, jak też dwie uroczystości w Wikariacie były okazją, by ruszyć w teren. W grupie 8 osób przedstawicieli "rodziny Kolping" z Hamburga, która odwiedzała swoją partnerską parafię w Tarija znalazła się też kuzynka Ks. biskupa ze swoim mężem. Po prawie 3 tyg. pobytu w Tarija, zaplanowali jeszcze krótki, 4-dniowy pobyt u nas w Wikariacie. Trudno w tak krótkim czasie coś pokazać. Ale skoro też byli krewni biskupa, to czemu właściwie nie mieliby potowarzyszyć biskupowi w jego codziennej posłudze i pracy. Tak też zrobiliśmy. Wszystko zaczęło się od siedmiogodzinnego opóźnienia samolotu z Tarija... i tak nasi goście o 1.30 w nocy wylądowali na lotnisku w Santa Cruz. Kierowcy - czyli ja i Ks. biskup musieliśmy się uzbroić w cierpliwość. Na szczęście czekaliśmy w domu,  jedynie co jakiś czas wydzwaniając na lotnisko z pytaniem... co z tym samolotem?!!! Ale dolecieli w końcu. Po krótkiej nocy, w drogę. Część zapakowała się do mnie, część do "camionety" Biskupa. Doszły jeszcze bagaże, poczta, towar... załadowani byliśmy jak ciężarówka. Pierwsze 170 km asfaltem zleciały szybko. Sprzyjało nam szczęście –- most kolejowy mogliśmy przejechać od razu. Nieraz czeka się na przejazd i 2 godz., czasem nawet więcej. Krótko odwiedziliśmy siostry w Puerto Rico, gdzie spragnieni goście dostali coś do picia, a potem już aż do San Ramon. Choć gospodarz, Ks. Kazimierz, był w drodze na wioskach, kucharka przygotowała nam smaczny obiad. Potem każdy w jakimś kąciku zrobił małą sjestę... i znów w drogę. Tym razem... już bez asfaltu. Droga z San Ramon do San Antonio de Lomerio (ok. 100 km) to prawdziwe safari. Przyznam się, sam byłem ciekaw... bo dotąd do San Antonio de Lomerio dojeżdżałem z innej strony od Concepción. Też niełatwa droga. Trudno w paru słowach opisać tą drogę. Oczywiście cały czas ziemia, czasem piasek, ciągle w górę i  w dół. Co jakiś czas po skałach, albo przez rzeki, czasem bez mostów.  Musiałem trzymać zdrowy dystans do samochodu biskupa, inaczej chmura pyłu nie pozwoliła widzieć niczego. Od czasu do czasu po drodze małe, biedne wioski. W jednej z nich w domu jednego z naszych współbraci mogliśmy napić się kawy, a kto miał odwagę też miejscowej "chichy" -– napoju z przefermentowanej kukurydzy. W pewnym momencie ok. 50 km od San Ramon zobaczyłem chmurę kurzu i samochód z przeciwka. Często drogi są wąskie, więc trzeba się usunąć całkiem na bok... gdy samochód się zbliżył... zobaczyliśmy uśmiechniętą gębę ks. Kazimierza. Wracał z jednej wioski i udawał się do następnej. Krótkie pozdrowienie... i dalej. Chcieliśmy zdążyć do San Antonio de Lomerio przed zmrokiem... a przed nami była jeszcze większa połowa drogi w tym prawie 20 km przez prawdziwy dziewiczy jeszcze las. To robi wrażenie. Moi współpasażerowie "trzaskali" zdjęcia, nie przejmując się już kurzem, który się wciskał wszędzie. Widoczki jednak są ciekawe. Już o zmroku dojechaliśmy do S. Antonio... nim dojechaliśmy do misji, słyszymy już niepokojącą wiadomość o wypadku jednego z księży pracujących w Wikariacie, a zmierzającego też inną drogą do Lomerio. Na początku trochę konsternacji i niepewności... na szczęście po jakiejś godzinie słyszymy, że tylko samochód jest trochę potłuczony, jemu samemu nic się nie stało. Ufff... wszystkim kamień spadł z serca, na pewno naszemu biskupowi najbardziej. Niewiele czasu zostało na odświeżenie (na szczęście była woda). W jadalni sióstr Brazylijek spotykamy innych gości. A okazja to... 15-lecie założenia i pobytu sióstr Franciszkanek od Pokuty właśnie w San Antonio de Lomerio i tym samym w Boliwii. Z tej racji z wizytą przyjechała także Siostra Anita, przełożona generalna tego zgromadzenia z... Bawarii, towarzyszyła jej Siostra Prowincjalna z Brazylii i wiele innych sióstr. Wieczorem uroczysta Msza św. w kościele. A potem koncert i występy młodzieży, dzieci, dorosłych na placu przed kościołem. Z tej racji na wiosce był nawet dłużej prąd. Do San Antonio de Lomerio nie dociera na razie sieć elektryczna. A prąd można mieć tylko jak włączony jest motor - generator na diesel. Także żadna linia telefoniczna, czy sieć komórkowa nie dociera tak daleko w głąb lądu. Wieczorem "padliśmy" ze zmęczenia.

Rano skoro świt, Biskup Antoni pierwszy na chodzie pobudził wszystkich. I znów w drogę, tym razem do Concepción. Mimo nieraz akrobatycznych prób uniknięcia przeszkód po ok. 3 godz. dojechaliśmy do Concepción. No, nie udało się uniknąć paru wgięć na rurze wydechowej, ale ostatecznie nic poważniejszego się nie stało, choć miałem stracha, bo czasem kamieniska waliły od spodu że hej. W Concepción znów "cywilizacja" czyli woda w prysznicu i prąd. Przez cały dzień gości oprowadzał po swych "włościach" bp Antoni. Ja mogłem trochę odpocząć. Wieczorem "Churasco" czyli mięso z rusztu i mała prezentacja w domu Kolpingu zakończyły i ten intensywny dzień.

Następnego dnia znów "goni" nas biskup. Jedziemy już na śniadanie do San Javier - ok. 60 km samych zakrętów. Tu kolejna okazja dla gości poznania i porównania kolejnej pojezuickiej redukcji. A potem dalej... by zdążyć na "odpustowy" obiad w El Fortin. Pokłoniliśmy się też Patronce kościoła w El Fortin, św. Klarze. Prawdziwa fiesta czekała nas jednak dopiero popołudniu... Tego dnia po raz kolejny spotykamy siostry Franciszkanki od Pokuty. Swój drugi dom siostry posiadają w 4 Canadas. Jako że miejscowość mocno się rozrasta, mała kaplica jest już niewystarczająca. Obecnie nasz Wikariat buduje tutaj nowy, duży kościół. W tym dniu po raz pierwszy w niedokończonym kościele miała zostać odprawiona Msza św. Okazja była nie byle jaka. Jedna z brazylijskich sióstr pracujących tutaj od 3 lat miała złożyć swoje śluby wieczne. Profesja wieczna jest zawsze wielkim wydarzeniem dla osób zakonnych. Z tej racji i tutaj spotkaliśmy się z "władzą" tego zgromadzenia.  Trudno by opisać całą liturgię. Była pięknie przygotowana i trwała... 3 godz. 15 min!!! Ale myślę, że nikomu się nudziło. Ciągle się coś działo. Sama neoprofeska - widać było po twarzy była bardzo szczęśliwa i uśmiechnięta. W uroczystości uczestniczyli też jej rodzice z Brazylii. A my... już w nocy znów do Santa Cruz. Bo rano goście już odlatywali. Podziwiać tylko kondycję biskupa... Kiedy trzeba to jest  przy ołtarzu, a  kiedy trzeba, też za kierownicą. Myślę, że goście pełni wrażeń wrócili do swoich domów. A my do swoich obowiązków.

U naszych sąsiadów w Peru doszło w tych dniach do tragedii. Trzęsienie ziemi zniszczyło miasta; wioski zginęło już 500 osób, wielu jest zaginionych. Boliwia nie odczula niczego. Solidaryzujemy się jednak z Peru, modlimy się, ludzie dzielą się tym, co mają, by przesłać dla ofiar w Peru. Takie tragedie przypominają nam, jak kruche jest życie, jak szybko można utracić wszystko. Polecam Peru i ofiary trzęsienia ziemi Waszym modlitwom.

Wszystkich pozdrawiam i do następnego razu

Tarcisio Josef Lamik ofm





Dzieło misyjne braci mniejszych prowincji św. Jadwigi
Konto bankowe Ośrodka Pomocy Misjom Franciszkańskim Prowincji św. Jadwigi: 06 1090 2239 0000 0005 7603 2774

Ostatnia aktualizacja strony: poniedziałek, 05 Stycznia 2009
© 2006-2008 | Dzieło misyjne braci mniejszych prowincji św. Jadwigi | wykonał: Daniel Kubny - www.alfsoft.net