|
Santa Cruz 18.02.07
Kolejna niedziela prawie za nami. Już zrobiło się ciemno. Niemniej do północy zostało jeszcze trochę czasu. Korzystam więc, że jest dziś deszczowo i można czas wykorzystać do stukania na klawiaturze. Za dwie godziny, kiedy współbracia wrócą z wieczornych Mszy św. z różnych kaplic, spotkamy się jeszcze na tzw. rekreacji - czyli posiedzimy chwile na zewnątrz, coś do picia się też znajdzie i na ogół dzielimy się wrażeniami i przeżyciami dzisiejszego dnia.
Gościliśmy i gościmy ostatnio sporo prominentów. Niedawno był Prowincjał z Toskanii - Italia. Gdy tak mówiliśmy o wielu rzeczach w czasie obiadu, zeszliśmy na temat wspólnie znajomej osoby. Okazało się, że nim został prowincjałem, był wiele lat gwardianem i kustoszem naszego franciszkańskiego sanktuarium na La Vernie - miejscu stygmatyzacji św. Franciszka. W tym sanktuarium pracują także siostry. I tu muszę wrócić znów do czasów mojej pracy w Marienweiher. Kiedyś poznaliśmy razem z O. Flavianem dziewczynę z sąsiedniej parafii Ludwigschorgast, która właśnie miała kontakty z tymi siostrami. Gdy przed paroma latami jechaliśmy na sympozjum franciszkańsko-dominikańskie do Asyżu, zabrała się z nami aż na La Vernę. Kontakt gdzieś zaniknął... Ale dziś dowiedziałem się, że...S. Angela jest już po ślubach i pracuje ponoć bardzo dobrze właśnie na La Vernie. Jaki czasem świat jest mały... nawet w Boliwii można się czegoś dowiedzieć.
Pół godziny temu dostaliśmy wiadomość, że prowincjał toskański zmarł dzisiaj... Aż wierzyć się nie chce. Jeszcze przed 2 tygodniami był tutaj u nas. Zapraszał do Toskanii... R.I.P.
Wczoraj wieczorem w czasie sporej ulewy wylądowali w Santa Cruz dwaj prowincjałowie - nasi przełożeni z Polski: O Adrian z Poznania i O. Wacław z Wrocławia. Przez prawie 3 tyg. odwiedzać będą z pewnością nasze tereny misyjne i braci ze swoich prowincji. Ale bliższe plany nie są mi znane.
Cały tydzień sporo "goniliśmy" z Osvaldem - moim współpracownikiem w tej naszej Prokurze. Daje się odczuć, że jednego u nas brakuje. Juan Carlos pozostanie jeszcze dwa tygodnie na urlopie. Zbiera się czasem tyle różnych spraw... że nawet człowiek się nie obejrzy, kiedy minie dzień... tydzień. Może dlatego, że też sporo ludzi z wikariatu i nie tylko, minionego tygodnia przebywało w mieście. Drzwi prokury się nie zamykały, a telefony wystawiłbym najchętniej na zewnątrz... żeby tego nie słuchać jak dzwoni. Oczywiście żartuję, po to tu jesteśmy i taka to już jest nasza robota.
19.02.07.
Nie skończyłem wczoraj, więc dziś kontynuuję. Dziś i jutro mamy trochę spokoju. Prokura jest nieczynna - karnawał. W sumie w sobotę miały być już wielkie pochody na mieście itd. Ale przeszkodziły temu ulewne deszcze. Dopiero dziś rano wyjrzało trochę słoneczka. A ja, pisząc, włączyłem sobie takie nasze śląskie radyjko - www.slonskyradio.eu by mieć trochę karnawałowego nastroju. Fajnie że jest nieraz okazja, dzięki Internetowi posłuchać sobie coś z naszych stron. Zwłaszcza teraz na zakończenie karnawału. Oczywiście jest teraz okazja słuchać sporo innych i dobrych stacji radiowych. I cieszę się, że Internet umożliwia teraz "przenieść" się czasem przez ocean, wystarczy jednak być parę kilometrów od miasta... i już wracamy się mocno do tylu. Kończy się jakikolwiek kontakt ze światem. No niestety, Boliwia jest jeszcze krajem, gdzie wiele jest do zrobienia, ale brakuje możliwości, funduszy itd.
Tegoroczne wyjątkowo mocne opady sprawiły już wiele kłopotów. Główna droga Santa Cruz - Cochabamba - La Paz jest po części nieprzejezdna. Woda zerwała mosty, obsunęła się ziemia, skały. Komunikacja drogowa miedzy tymi największymi głównymi miastami boliwijskimi od ponad tygodnia jest już przerwana. Do niedawna można było dotrzeć jeszcze do Cochabamby tzw. "starą", krętą i ciasną drogą idącą przez góry. Autobusy potrzebowały ok. 30 godz., by pokonać ten odcinek. Ale ponoć i tam obsunęły się skały, więc droga jest już zablokowana. No cóż... Boliwia. Latają jeszcze samoloty... choć z wielogodzinnymi opóźnieniami. Ale jakoś przeżyjemy i to. Pewno po karnawale, który z pewnością się tu nie skończy w Środę Popielcową... pomału zabiorą się ludzie do pracy. A na razie... jest karnawał i choćby się świat walił, to Boliwijczycy świętują.
Opady deszczu sprawiają, że peryferie Santa Cruz, ale też wiele innych regionów tu u nas i w całej Boliwii ucierpiały i cierpią nadal z powodu powodzi. Nie ominęła "wielka woda" też wikariatu, choć na szczęście w dużo mniejszym stopniu, niż to miało miejsce w ubiegłym roku. Mówi się jednak generalnie w całym kraju o dziesiątkach tysięcy dotkniętych rodzin. Jest też już ponad 35 ofiar śmiertelnych. Niestety te katastrofy są niczym nowym w Boliwii. Wiele rzek jest nieuregulowanych. A naturalny opór, jaka miała rzeka w lasach... został w ostatnich latach mocno zachwiany przez rabunkowe wycinanie lasów. Natura odwdzięcza się katastrofami ekologicznymi.
Dziś rano odwiozłem naszego O. Norberta (Marcina) na lotnisko. Obecnie jest w drodze do Polski i jutro wieczorem, jak Pan Bóg pozwoli, wyląduje na lotnisku w Katowicach. Przez kilka miesięcy pozostanie w kraju, by odpocząć i podreperować swoje zdrowie. My tu wszyscy z Boliwii życzymy mu z całego serca, by sobie zdrowie poprawił, by odpoczął i by szczęśliwie znów do nas powrócił.
W sobotę rano odwiedziłem z Bp. Antonim nową polską wspólnotę sióstr. Od kilku miesięcy przebywają w Boliwii polskie Elżbietanki i swój pierwszy dom założyły właśnie tu u nas w Santa Cruz. Dają sobie już nieźle radę, a hiszpański też już dosyć dobrze opanowały. W tym roku dołączą jeszcze dwie Siostry. Pracują w parafii na peryferiach miasta, uczą w szkole, w przyszłości będą pracować jako pielęgniarki. Jedna z Sióstr... pochodzi ze Śląska Opolskiego. A dokładnie z Otmic... blisko Góry św. Anny. Jak to czasem ludzie z tych samych stron tak daleko się spotykają.
To tyle wieści boliwijskich na ten raz. Wszyscy ogólnie mamy się dobrze, a nasi nowi księża już pracują po parafiach. Ostatnio wspólnie porobiliśmy trochę zakupów, by mogli się na swoich miejscach poczuć dobrze. Nasz Br. Marek nadal na kursie w Cochabambie... i jest zadowolony. Wiem, że chyba teraz przebywa w Oruro na najsłynniejszym boliwijskim karnawale. Wybrało się całe towarzystwo z instytutu, korzystając z wolnego czasu. I dobrze. O. Zygmunt też radzi sobie. Zdrowotnie też jest lepiej, ale ciągle jeszcze nie czuje się na siłach, by podjąć prace. Wszystko potrzebuje swojego czasu.
Życzę Wam miłego i "umiarkowanego" karnawału. Trochę radości jest na pewno fajne, byle by nie przesadzać... czego sobie i Wam życzę.
Pozdrawiam... (am Rosenmontag).
Tarsycjusz ofm
|