English  Deutsch  Język polski    
  
Jesteś Licznik osobą.    

O NAS...
   Aktualności
   Archiwum
   Prezentacje misyjne
   Tapety
   Kalendarium 2006
   Powódź w Boliwii
   Wiadomości misyjne
   Ośrodek misyjny
   Galeria
NASZA DZIAŁALNOŚĆ
   Kleryckie Koło Misyjne
   Stowarzyszenie
   Program edukacyjny
   Wystawa misyjna
   Gdzie pracujemy
   Potrzeby misyjne
   Intencje misyjne
   Adresy misjonarzy
   Nuflo de Chavez
   o. Bonifacy Reimann
   Listy misjonarzy
   Projekty misyjne
RÓŻNE
   Dokumenty
   Ważne linki
   Napisz do nas

Santa Cruz - I Adwent 2006

Szczęść Boże!

Trudno znów zacząć na nowo, po prawie 4-miesięcznej przerwie. Z różnych przyczyn myślałem nawet sobie dać spokój z pisaniem, albo pisać tylko dla siebie... Ale jak widać znów w niedzielne popołudnie zasiadłem za klawiaturą. Niedziela to już taki czas, kiedy chce się modlić, odpoczywać, ale też być z innymi. Łączę się więc z Tobą, z Wami wszystkimi, by być chwilę razem.

W ubiegły piątek 24.11.06. na lotnisku w Monachium wsiedliśmy razem z Br. Markiem do samolotu, by przez Madryt, a potem przez brazylijskie Sau Paulo po 30 godz. w drodze i 18 godz. w powietrzu wylądować szczęśliwie w Santa Cruz. Tu przywitali nas współbracia Norbert i Feliks i prawie 34 st. ciepła. Przez całą podróż, mimo zmian samolotów, mimo prawie kompletów pasażerów, zawsze obok nas pozostawało miejsce wolne. Może to przypadek...?! Lecz dla mnie znaczyło to coś więcej, zabrakło na tym miejscu tej osoby, która na te loty też miała wykupiony bilet, niestety, towarzyszyć nam tylko mogła aż na lotnisko. Smutne to było pożegnanie. Czasami pewne sprawy trudno zrozumieć, pojąć...!!!

Za mną urlop. Po części bardzo intensywny. Zwłaszcza pierwsza jego połowa, kiedy to towarzyszyłem Bp. Antoniemu w drodze do wielu instytucji misyjnych, do parafii, kiedy spotykaliśmy się z życzliwymi misjom ludźmi, parafiami, klasztorami, organizacjami tak w Polsce, w Niemczech, w Bawarii, w Austrii i w Italii. Nie mogę pominąć też Litwy, gdzie wielu moich znajomych księży i nie tylko, wyszło naprzeciw potrzebom i z pomocą dla Boliwii. Nie mogę też zapomnieć o mojej rodzinnej parafii św. Andrzeja w Zabrzu, gdzie spotkałem się z wielką życzliwością nowego Proboszcza. Trudno tu wyszczególniać każde miejsce i każdą osobę, ale w sercu pozostała wielka wdzięczność i wielkie podziękowanie za każdy gest życzliwości i dobroci względem nas i względem naszych potrzeb misyjnych. Wszystkim bez wyjątku i każdemu z osobna należy się wielkie: Dziękuję - Bóg Zapłać!!!

A potem nastała jakby część prywatna urlopu. Chciało się pojechać do wielu miejsc, chciało się spotkać wszystkich, odwiedzić tak wielu. Myślałem, że dam rade, że nikogo nie pominę. Ale nie udało się tego w pełni zrealizować. Po prostu było to z różnych przyczyn niemożliwością. Jeśli do kogoś nie dotarłem, to nie dlatego, że miałem jakieś uprzedzenie, wręcz przeciwnie, do teraz jest mi przykro, że nie mogłem spotkać się z wszystkimi, ale nie zawsze było to możliwe ze względu na odległość, możliwości komunikacji, na samopoczucie. Jesteście porozrzucani po Polsce, po Niemczech, już o innych krajach nie wspomnę. Czasami miałem pecha, bo kogoś po prostu nie zastałem w domu. W pewnym jednak momencie uświadomiłem sobie, że mój urlop nie może być tylko ciągłą gonitwa, ciągłym odwiedzaniem, opowiadaniem, ciągłym byciem w drodze. Tego i tak było bardzo wiele. Chciałem też odpocząć. Osiąść na chwilę na jednym miejscu, mieć kawałek miejsca dla siebie, trochę ciszy i spokoju, to było mi na moim urlopie też potrzebne. Dlatego... nie miejcie mi tego za złe, ale „wyłączyłem” się też trochę. Chciałem spokoju, odpoczynku... z dala od telefonów, wrzawy od tego wszystkiego, co mam na co dzień. Mam nadzieję, że będę tu zrozumiany, proszę o to szczególnie tych, których nie dałem rady odwiedzić.

Wyjechałem na tydzień nad morze. Miejsce, gdzie mogłem połączyć odpoczynek i po części rekolekcje. Panu Bogu dziękuję za ten piękny tydzień. Pobyłem w klasztorze, gdzie czułem się dobrze, modliłem się, czytałem, pochodziłem po okolicy, czasem wyskoczyłem do pobliskiego miasta, albo coś porobiłem w klasztornym ogrodzie. Dziękuję tu w szczególny sposób tym współbraciom, którzy mnie w tym domu, ale też w innych, bratersko przyjęli.

Jak Pan Bóg pozwoli, to następnym razem spotkam tych, których nie dane mi było tym razem spotkać. W myślach i w modlitwie jestem nadal z Wami i jesteście mi nadal bardzo bliscy.

Wszystkim, którzy wychodzili mi naprzeciw z wielką życzliwością, chciałbym podziękować. Tak mojej rodzinie, jak i współbraciom, przyjaciołom, znajomym, Wam wszystkim serdeczne dzięki i wielkie Bóg Zapłać za Waszą pomoc, ofiary, modlitwę za mnie i za nasze misje w Boliwii! Wszystkich, tych których tego roku spotkałem i tych, do których nie dotarłem, proszę nadal o modlitwę i pamięć.

Byłem ciekawy, co zastanę w Boliwii po moim powrocie. Na myśli mam zwłaszcza dom - konwent, w którym żyję i pracuję. Już przed wyjazdem, zaczęły się tu remonty, przebudowy, zmiany. Rzeczywiście, sporo zmian. Nasza mała kaplica zamieniła się już w kościół. Trwają jeszcze prace, ale już się w niej odprawia. Także w domu trwają remonty w pokojach. Powstaje m.in. pokój dla chorych współbraci z udogodnieniami, jakie są konieczne. Powstał też salon parafialny, sporej wielkości sala, w której mogą odbywać się różne spotkania parafialne i nie tylko. Prace trwają nadal. W przyszłości na pewno i prokura - czyli biuro, w którym pracuję, znajdzie się w innym miejscu.

Wróciłem w ubiegłą sobotę wieczorem, a zaraz następnego dnia rano znów znalazłem się na lotnisku. Trochę jeszcze „nieprzytomny”, bo zmiana czasu i nieprzespana noc w podróży odbijała się jeszcze na samopoczuciu. Ale wyjechałem, by powitać nowych misjonarzy. Trzech księży z diecezji tarnowskiej odpowiedziało na potrzeby misyjnego kościoła i są gotowi pracować u nas. Na pewno jest to wielka pomoc dla Wikariatu, tym bardziej gdy pomoc franciszkańska została niespodziewanie osłabiona. Ks. Paweł, Ks. Mariusz i Ks. Kazimierz dolecieli szczęśliwie. Życzę nowym misjonarzom, by się dobrze u nas zaaklimatyzowali i czuli się dobrze w Boliwii i w naszym Wikariacie.

Niewiele czasu miałem na zaaklimatyzowanie się. Już w wtorek rano znów w podróż, tym razem do Cochabamby. Moj gwardian i ja udawaliśmy się na obrady komisji ekonomicznej naszej prowincji boliwijskiej. Dwa dni siedzenia. Ale cóż... wielu z Was wie, co to znaczy obradować. Towarzyszył nam też Br. Marek. Który jak na razie bardzo dobrze się czuje w tej naszej Boliwii. Dla Marka była okazja poznać Cochabambę, nasz klasztor prowincjalny, Ojca prowincjała, z którym wspólnie zjedliśmy obiad. Przy okazji można było się zorientować, kiedy w instytucie językowym zaczynają się kursy językowe. Od 15 stycznia zacznie Br. Marek swój kurs nauki języka. Ale że już pewien zasób słówek ma, potrafi już trochę się porozumiewać. Doskonale więc sobie radził w Cochabambie, kiedy ja zaliczałem kolejne godziny obrad w prowincjałacie. W Cochabambie znajduje się obecnie dwóch współbraci, którzy też przyjechali pracować w Boliwii. Jeden ze Słowacji a drugi z USA. Cieszymy się... bo potrzeby nadal są ogromne. Będąc w Cochabambie trudno nie odwiedzić O. Cezara, który nam udzielił gościny w konwencie Hospicio. Dobrze było być znów razem.

W głównym konwencie św. Franciszka przebywa też nasz O. Zygmunt, który zaraz po powrocie w sierpniu z Polski poważnie się rozchorował i musiał przejść poważną operację. Na szczęście wszystko poszło dobrze. Teraz potrzebne są jeszcze miesiące rekonwalescencji, ale myślę, że wszystko jest na dobrej drodze. Trochę naszej dobrej polskiej kiełbasy chyba sprawiło też trochę radości naszemu Zydze. Modlimy się i mamy nadzieję, że naszemu współbratu będzie lepiej. Czego mu z serca życzymy. W środę odwiedzili też Zygmunta nasz biskup Antoni i rodzony brat, O. Stanisław (Felix). Razem w czwartek rano wracaliśmy już do Santa Cruz. I tu... niespodzianka. Na piątek ogłoszono strajk generalny i blokady dróg. Jeszcze więc tego samego dnia zapakowałem bagaże i naszych nowych księży w samochód i zawiozłem ich na Wikariat do El Fortin. Także biskup i br. Marek ruszyli w tym samym kierunku. Mam nadzieję, że na terenie Wikariatu było łatwiej się już przemieszczać. Ja tej nocy wróciłem do Santa Cruz i... padłem do lóżka. Dopiero teraz końcem tygodnia mogłem w końcu się rozpakować i posprzątać po 3-miesięcznej nieobecności mój pokój. Dziś mogę powiedzieć, że jestem znów nareszcie u siebie.

To tyle pierwszych wrażeń i wieści boliwijskich. Wszystkim bez wyjątku dziękuję i pozdrawiam bardzo serdecznie.

Tarsycjusz ofm





Dzieło misyjne braci mniejszych prowincji św. Jadwigi
Konto bankowe Ośrodka Pomocy Misjom Franciszkańskim Prowincji św. Jadwigi: 06 1090 2239 0000 0005 7603 2774

Ostatnia aktualizacja strony: poniedziałek, 21 lipca 2008
© 2006-2008 | Dzieło misyjne braci mniejszych prowincji św. Jadwigi | wykonał: Daniel Kubny - www.alfsoft.net