Przez całą dzisiejszą noc mało co zmrużyłem oka. Wokoło konwentu jest wiele sal, miejsc które wynajmuje się do różnych imprez. A że tu wszystko dzieje się nocą... więc koło 21.00 zaczyna się muzyka na voll i... wiem, że już mam po nocce. Tak często trwa do rana, na dodatek "stereo" czyli w dwóch czasem i w trzech miejscach. Ufff... tak prawie każdy koniec tygodnia. Muzyka całą noc za darmo. Na pewno cieszę się, że na urlopie będę mógł wypocząć od głośnej muzyki i od... psów. Nie ma domu, gdzie by ich nie było, nie mówiąc, że na ulicach też ich pełno. Czasem strach chodzić. A jak jeden zacznie w nocy szczekać... to dołącza się zaraz cały chór i nieraz też ma się po nocce. Powodem dzisiejszego świętowania, co bardzo lubią Boliwijczycy, jest święto El Carmen, czyli Matki Bożej z góry Karmel. Głównej patronki La Paz i całej Boliwii. Nie zawsze więc można powiedzieć, że niedzielę ma się do wypoczynku... kiedy wali obok przez całą noc muzyka. Dobrze że wkrótce urlop. Ale nim się zacznie, przede mną jeszcze ponad trzy pracowite tygodnie.
Gdy pisałem ostatnio dwa tygodnie temu, wspominałem o wyborach, o referendum konstytucyjnym w Boliwii. Nie wyszło tak, jak bardzo by chciał i oczekiwał nowy rząd, ale nie jest też zbyt różowo dla opozycji. Partia MAS (ruch na rzecz socjalizmu) obecnego prezydenta nie zyskała 2/3 głosów, by jej ludzie mieli absolutną większość głosu w decydowaniu o kształtowaniu przyszłej konstytucji. Niemniej ma więcej niż połowę. Musi rozmawiać mimo wszystko z innymi partiami. Ruch na rzecz Autonomii, na 9 departamentów w Boliwii wygrał w czterech. Tereny Oriente, tropiku w większości nizinne opowiadają się za suwerenną autonomią. Góry, czyli La Paz, Cochabamba, Oruro, Potosi i Sucre są przeciw. Tworzy się coraz większy podział. Nie można się dziwić, ludzie gór i ludzie nizin to inna mentalność, kultura, inne języki, tradycje. Władze coraz więcej próbują upaństwawiać niektóre instytucje. Także Kościół coraz częściej jest atakowany, ostatnio chce się na siłę wprowadzić reformę szkolnictwa i wyrzucić religię ze szkoły. Tu trzeba wspomnieć, że tysiące szkół w Boliwii są pod patronatem Kościoła, utrzymywane, prowadzone, mające tradycje sięgające dziesiątków lat. Całą strukturę edukacji tworzył tak naprawdę kiedyś Kościół. Wielu prominentów ukończyło właśnie szkoły katolickie. No cóż... teraz naraz zaczyna się mówić o świeckim charakterze szkół... itd. Przypomina mi to ciągle czasy PRL-u. Czyż nie było podobnie...Trochę z niepokojem więc patrzymy na rozwój sytuacji politycznej w Boliwii. Wielcy "Bracia" z Kuby i Wenezueli są też bardzo "zatroskani" rozwojem Boliwii... do tego stopnia, że już prawie oficjalnie ingerują w politykę Boliwii. Do czego to doprowadzi...?
Polityka polityką a codzienność zmusza nas myśleć o sprawach, radościach i troskach szarego dnia. Trwa praca w naszym konwencie. Ze starej kaplicy pozostało trochę murów, coraz większych kształtów nabiera nowa kaplica, a właściwie kościół św. Antoniego. Nie będzie za wielki, bo też i finanse nie pozwalają, ale to już coś. Na pewno pomieści dużo więcej ludzi niż stara mała kaplica. Być może, gdy w listopadzie wrócę z mojego urlopu, będzie już gotowy. Także w samym domu trwają różne prace. Remontowane są niektóre pokoje. Tak naprawdę potrzeba by generalnego remontu domu... czyli wymiany wszystkich instalacji itd. Ale i na to na razie nie ma funduszy. Próbujemy robić to, co jest możliwe. Wycięliśmy też sporo starych drzew, krzaków... które po części sprawiały nam więcej kłopotu niż pożytku, zastępując je nowymi. Więcej też posadziliśmy kwiatów, by i dla oczu było trochę radości. Dużo jest jeszcze do zrobienia... ale jak to się tu mówi: poco a poco... czyli pomału, pomału.
W naszym Wikariacie misyjnym też ciągle trzeba iść do przodu. Choć na razie jest bardzo ciężko personalnie. Wiele parafii jest bez księdza, a niedzielne celebracje słowa Bożego prowadzą siostry, bracia, i katechiści. Wielu ciągle na urlopach, a chorych nam też nie brakuje. W czwartek nad ranem niespodziewanie przywieziono naszego O. Sykstusa z San Antonio de Lomerio. Miał ogromne bóle w nogach, że nie mógł ani zbytnio chodzić. W szpitalu, do którego najpierw się udał, pomogli przeciwbólowo, ale na konkretne leczenie musieliśmy go przetransportować do porządnej kliniki. Jak na razie są prowadzone badania, no i złagodzono ból... najbliższe dni pokażą, co jest tego przyczyną. Coś się mówi o kręgosłupie. Nie dziwiłbym się... na tutejszych drogach można było zdrowie stracić. Jeszcze nie tak dawno... asfaltu było tyle co nic. Droga do Lomerio, gdzie pracuje O. Sixto, to też jeszcze ponad 120 km drogi ziemnej przez lasy, rzeki bez mostów, skały... Pewno, jest bardzo romantyczna, gdy jedzie się tam raz, dwa razy na rok... ale ciągle, to można sobie naprawdę ten kręgosłup zniszczyć. Życzymy, by Sixto wrócił szybko do zdrowia. Na razie jestem u niego codziennie w klinice i jesteśmy dobrej myśli.
Nasz Biskup Antoni... też ciągle w ruchu. Chce też przed swoim trochę służbowym, trochę urlopowym wyjazdem do Europy jeszcze uregulować, załatwić wiele spraw, bo jak wróci będzie na niego czekało na pewno sporo radości ale i sporo kolejnych trudów. Ma więc jeszcze bierzmowania, spotkania, pomaga na parafiach, gdzie nie ma księży. Ale już wkrótce 08.08 wylatuje do Polski. Prawie przez miesiąc będę mu towarzyszył prawie że służbowo. A potem każdy z nas wykorzysta swój czas na jakiś wypoczynek.
W mieście był też Br. Feliks z dotkniętego powodzią El Fortin... Na razie praktycznie dalej tam mieszka sam. Ludzie jeszcze nie wracają. Owszem, w ciągu dnia zaglądają do swoich opuszczonych domostw... ale dopóki nie będzie jasna przyszłość i konkretne decyzje także władz, nikt w niepewne nie che wracać. Tak więc już kilka dobrych miesięcy setki rodzin koczują w namiotach. Jeszcze przed wyjazdem biskupa do Europy z jego inicjatywy ma dojść do spotkania władz lokalnych, departamentu, Kościoła, by zająć się sprawą powodzian, by podjąć konkretne decyzje. Biskupowi mocno leżą na sercu powodzianie. Oby to spotkanie przyniosło jakieś konkretne rezultaty.
W ub. tygodniu byłem też krotko na Wikariacie. Nazbierało się poczty sporo, więc trzeba było to rozwieźć. Tym bardziej że teraz z powodu braku ludzi rzadziej ktoś zagląda do miasta. Była też okazja uczcić urodziny naszego O. Norberta (Marcina). Potowarzyszył mi Br. Feliks. Po drodze wstępowaliśmy do prawie wszystkich parafii... by wieczorem w końcu dotrzeć na Guarayos do Ascencion. Dojechał tam też P. Pedro z Concepción, więc wspólnie poświętowaliśmy urodziny Norbusia. Była Msza św., a potem austriackie siostry przygotowały grilla. Tak więc wspólnie posiedzieliśmy bardzo radośnie. Wiele radości sprawia nam zawsze pionierka misjonarzy w Wikariacie, S. Dorothea. Ta dzielna kobieta ma skończone 97 lat. Prawie 60 lat temu zostawiła swój ukochany Wiedeń - stolicę Austrii i udała się do pracy tu, w Boliwii. Dziś już siły nie pozwalają jej na pracę, ale bez niej byłby świat inny. Modli się za nas wszystkich. Jest radosna, pogodna, ma wielkie poczucie humoru. Jest, jak to się mówi "na chodzie", na każdym posiłku, na modlitwach, na Mszy św. i na rekreacji. Cieszymy się, że jest z nami. Dla mnie S. Dorothea na Guarayos i O. Rudolfo u nas w konwencie to filary, to historia, która mobilizuje, zachęca... to ludzie, których szanuję i bardzo podziwiam.
Jeszcze następnego dnia w sam dzień urodzin Norbusia pobyliśmy razem aż do obiadu. Który też wspaniały przygotowały siostry. A potem znów powrót. Po drodze od dzieci kupiliśmy parę przesłodkich ananasów, które tu na Guarayos są najlepsze w Boliwii. Jeszcze mała przerwa w parafii El Puente, gdzie hiszpańskie siostry zawsze serwują dobrą kawę, i już o zmroku trochę zmęczeni, mając za sobą już kilkaset kilometrów, wróciliśmy do Santa Cruz. Dobrze, że Br. Feliks był tym razem ze mną. Zawsze raźniej jechać z kimś... nie ciągnie się tak ta droga. Myślę, że też Norbus ucieszył się, że nie zapomnieliśmy o jego urodzinach.
Po przyrodzie widzi się, że coraz bardziej usycha... cóż pora sucha. Ale czasem coś przemknie przez drogę... tym razem sporych rozmiarów piękna kolorowa żmija. No i o zmroku widać spore stada papug większych i mniejszych. Przyroda ma swoje uroki... szkoda że człowiek tak bezmyślnie ją niszczy. Tu też. Aż serce się kraje, jakie drzewa się wycina. Nikt tego nie kontroluje. Dla polityków liczą się pieniądze i władza. Aż będzie za późno.
Być może uda mi się jeszcze cos napisać przed moim urlopem. Na razie starczy tego na dzisiaj.