|
07.05.06
Pomału kończy się niedziela... w Europie. U nas dopiero późne popołudnie... jeszcze z godzinę będzie nam przyświecało słońce, choć nie tak mocne jak latem. Mamy dziś przyjemną temperaturę ok. 26 st. C. Dzień zacząłem wcześnie Laudesami i Mszą św. w kaplicy, razem z naszymi dwoma Braćmi Skrzydłami i br. Felkiem. A potem... na lotnisko, bo Stasiu i Zyga wyruszyli dziś na swój urlop. Odprawa poszła im dobrze, potem jeszcze małe cappuccino w kawiarence na lotnisku i o 9.50 ruszyli boliwijskim Aeurosurem do Sau Paulo... i dalej Lufthansą przez Frankfurt do Wrocławia, gdzie będzie można się ich spodziewać jutro koło 22.00. Mam nadzieję, że wypoczną dobrze. Tego im serdecznie tu z Boliwii życzymy. Tym bardziej że Zyga leci znów pierwszy raz po 5 latach no i trochę kulejący.
Cicha na ogół jest niedziela w naszym domu. Oprócz mnie są w domu jeszcze trzej nasi seniorzy, czasem są goście... no i po ogrodzie wałęsają się też nasze 4 koty. Pozostali mają bardzo "roboczy" dzień. Przy naszej ogromnej parafii często nie jest rzadkością, że każdy odprawia, jak trzeba, i 5 Mszy św. Zwłaszcza teraz kiedy nasz Klemente jest też na urlopie. Spotkamy się więc może dopiero wszyscy już po 21.00.
Nasz biskup Antoni, który przebywał tu krótko... też wczoraj wieczorem udał się jeszcze na Wikariat do parafii El Carmen, do której od czasu powodzi i zmiany koryta przez Rio Grande można dotrzeć tylko przez Santa Cruz. Żeby więc tam dojechać z Wikariatu... trzeba jechać okrężnie prawie... 400 km! Ciężka jest u nas obecnie sytuacja personalna. Wiele parafii nie ma księdza na miejscu. Często jeden proboszcz obsługuje dwie a nawet trzy parafie, a każda parafia to kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt wiosek, do których czasami ma się kilkadziesiąt, a nawet ponad sto kilometrów. I podobnie jak w mieście każdy ma 4 i 5 Mszy św. w niedziele. Brakuje ludzi, kilku jest na urlopie... są też chorzy. Nasz biskup, o ile może, pomaga też, jeździ po parafiach, gdzie brakuje księdza, służy. Ale nie może być wszędzie, ma też inne obowiązki. Tym bardziej że w czasie ubiegłotygodniowej konferencji Episkopatu Boliwii zostały mu też powierzone dodatkowe obowiązki. Czasem ktoś z miasta poratuje Wikariat na jedną niedzielę... Tak jakoś łata się te "dziury", ale trudno prowadzić w ten sposób regularne duszpasterstwo, gdy brakuje "robotników" w winnicy Pańskiej... Często ratują sytuację Siostry, Bracia zakonni, prowadząc nabożeństwa słowa Bożego, różaniec, katechezę. Jeżdżą po wioskach, spotykają się z ludźmi... wychodzą naprzeciw biednym.
Z nadzieją patrzymy na przyszłość!!! Proszę Was o modlitwę o powołania miejscowe, ale też o nowych misjonarzy!!!
W ubiegłym tygodniu przebywałem parę dni w Cochabambie. Zupełna zmiana klimatu i... ciśnienia. Klimatu dlatego, że Cochabamba leży na wys. ok. 2700 m n.p.m., a ciśnienia, no bo to się od razu czuje. I choć już jestem z powrotem, zawsze potrzebuję parę dni, by ciśnienie się na nowo uregulowało. Mimo tego dobrze mi zrobił ten czas. Trochę odmiany od tej szarej nieraz rutynowej codzienności. Pozałatwiałem parę spraw w naszym Prowincjałacie, porobiłem trochę zakupów... już z myślą o wakacjach, bo Cochabamba jest o wiele tańsza. Odwiedziłem O. Cezarego, który pracuje dzielnie od ponad 4 miesięcy w centrum Cochabamby. Był czas, by też jeszcze zajrzeć do Zygi w Taracie (razem w piątek przylecieliśmy do Santa Cruz ) i O. Eryka. Ten ostatni cieszy się już na wizytę jego mamy. Mimo 71 lat odważyła się wybrać pierwszy raz w życiu samolotem i to w tak daleką podróż. W środę ma wylądować w Boliwii. Mam nadzieję, że będzie się tu czuć dobrze. U polskich Służebniczek też zjadłem dobre ciasto. Miałem też okazję poznać bardzo pogodnego i wesołego Arcybiskupa Sucre - Mons. Jesus Perez, który jest też franciszkaninem i chętnie przebywa wśród nas, wśród swoich.
Szybko minął ten czas w górach, odetchnąłem nieco chłodniejszym powietrzem, spotkałem znajomych ludzi. Było też więcej czasu na odpoczynek i na modlitwę.
W polityce Boliwii też wiele zmian... Nie wiem, czy zawsze korzystne, czas pokaże. Ludzie chyba do końca jeszcze się nie orientują, do czego zmierzają obecni politycy. Coraz więcej mówi się o "wielkich przyjaciołach" o Kubie i Wenezueli. Pewne decyzje obecnego rządu wskazują, że owi przyjaciele mają już wpływ na politykę Boliwii. Akurat w dzień "Święta Pracy" prezydent wydał dekret o upaństwowieniu (nacjonalizacji) firm i przedsiębiorstw ropnych i gazowych. Co to znaczy... nikomu, kto pamięta Polskę jeszcze sprzed kilkunastu lat, nie muszę tłumaczyć. Nawet nowemu wicepremierowi w Polsce, panu Lepperowi coś niecoś na ten temat o uszy się obiło... dziś nawet wykorzystał to w jednym ze swych wywiadów:
http://wiadomosci.onet.pl/1317933,12,item.html a więc i politykom polskim Boliwia też już jest znana.
Napięć nie brakowało też na granicy z Brazylią, na Pantanalu, gdzie do niedawna pracował O. Cezar i nadal pracuje O. Eugeniusz. Tam już po stronie boliwijskiej w strefie bezcłowej Brazylia zaczęła za pozwoleniem poprzedniego rządu Boliwii, budować hutę i inne związane z nią zakłady. Surowce są tam na miejscu. Zakłady te miały dać pracę bezpośrednio dla 800 ludzi, a pośrednio miała być praca nawet dla 2000 osób. Wszystko rozwijało się dobrze, prace postępowały szybko i sprawnie, ludzie się cieszyli... a tu tymczasem nowe władze wstrzymały wszystko, wręcz wyrzucili Brazylijczyków. Dlaczego...? Tak naprawdę nikt nie wie... Miliony, które już zostały zainwestowane... wygląda na to, że są zmarnowane.
Przez prawie tydzień była zablokowana granica... doszło do rozrób między sympatykami i przeciwnikami rządu. Nie kursował pociąg, nie latały samoloty do Puerto Suarez. Brazylijczycy już się wycofują... kolejna inwestycja zablokowana. Kto będzie chciał więc jeszcze finansować inwestycje w państwie, które nie daje gwarancji normalnego funkcjonowania? Mówi się o upaństwowieniu szkół, uczelni... i dalej...?
Przez kilka dni już nie funkcjonuje, strajkuje komunikacja autobusowa - dalekobieżna. Co oznacza, że jedyny środek przemieszczania się dla wielu ludzi w Boliwii nie działa. I taka to już jest ta nasza Boliwia... raz autobusy, to znów samoloty albo pociągi (których tu jest bardzo mało). A jak wszytko działa, to znów blokuje się drogi, mosty, lotniska. I chyba gdyby tego nie było... to bym pomyślał - to nie jest Boliwia.
Już po raz kolejny, tradycyjnie co drugi rok, miał miejsce Festiwal Muzyki Barokowej de Chiquitos. Przez cały ubiegły tydzień artyści z całego świata w pięknych naszych starych redukcjach pojezuickich na terenie naszego Wikariatu, także diecezji San Ignatio, Santa Cruz i Wikariatu Beni wykonywali przepiękną barokową muzykę, często komponowaną i wykonywaną już dawniej za czasów jezuickich w tych regionach, w tych redukcjach. Po raz pierwszy uczestniczyli w koncertach także artyści z Polski.
Jest to jedno z największych wydarzeń kulturalnych, jakie odbywają się w Boliwii. Inicjatorem i współorganizatorem tego festiwalu jest polski werbista, wybitny muzykolog, Ks. Piotr Nawrot SVD.
To tyle tych większych i mniejszych wydarzeń u nas... Pozdrawiam Was jak zwykle bardzo serdecznie i do następnego razu...
Tarsycjusz Josef Lamik OFM
|