|
Santa Cruz - Biała Niedziela - 23.04.06
Po dwóch tygodniach jestem znów na klawiaturze, by trochę "poplotkować" z Wami, by coś tam z Boliwii znowu do Was napisać. A piszę przy pięknej słonecznej niedzieli i temperaturze ok. 30 st. C. A więc jak na Boliwię w sam raz.
Za nami Wielki Tydzień i świąteczny Tydzień Wielkanocny. Wiele uroczystości... Mam nadzieję, że poświętowaliście dobrze. To przecież czas przeżyć, wrażeń, spotkań... smutku, ale też wielkiej radości. Jak wszędzie tak i tutaj świętowaliśmy podobnie.
Wielki Tydzień - to czas kiedy ludzie w Boliwii zaczynają właściwie i poważnie traktować dopiero czas Wielkiego Postu. Przynajmniej wielu katolików. W tym czasie oprócz moich seniorów w domu, to rzadko spotykało się kogoś z domowników... może z wyjątkiem obiadu. Każdy właściwie od rana do późnego wieczoru był w drodze. W kościołach, kaplicach, szkołach wiele się w tym czasie dzieje. Spowiedzi, przygotowania do Triduum itd. A jak wiecie, parafia nasza jest rozległa ma 16 kościołów i kaplic i blisko 100 tys. ludzi.
Także w naszej prokurze uwijaliśmy się, by pozałatwiać wszystko, pokupować co potrzeba na Wielki Tydzień dla wszystkich parafii na Wikariacie i rozesłać. Wszystkie paschały, świece, materiały świąteczne... a też i żywność i rzeczy potrzebne spakowaliśmy na czas i różnymi środkami przesłaliśmy dalej. W Wielki Czwartek w południe mogliśmy zamknąć prokurę i trochę skoncentrować się na samych uroczystościach już w kościele.
Jak w ub. roku tak i teraz uczestniczyłem w uroczystościach wielkoczwartkowych i wielkopiątkowych na głównym placu Santa Cruz przed Katedrą. Jak co roku przewodniczył tym Liturgiom Arcybiskup Santa Cruz Kardynał Julio Terrazas. Plac wypełniony był tłumem ludzi. Zwłaszcza w Wielki Piątek. Wtedy to po Liturgii na ulice miasta wychodzi uroczysta procesja z figurami Pana Jezusa w trumnie, Matki Bożej i św. Jana. Jest to wielkie wydarzenie dla miasta. Dosłownie tłumy... trudno się przecisnąć przez ulice wokół placu. W procesji oprócz Kardynała udział biorą wojsko, policja, władze miasta i departamentu... wszystkie więc autorytety tak kościelne jak i polityczne. To już taka tradycja boliwijska. W La Paz uczestniczył w liturgii i w procesji sam Prezydent Evo Morales z całą swoją świtą. Jeszcze do późnych godzin nocnych kościoły Santa Cruz były otwarte. Jest taka tradycja, że całymi rodzinami odwiedza się tego wieczoru siedem kościołów, by uczcić w ten sposób siedem ran zadanych Jezusowi.
W Wikariacie każda parafia ma też swoje tradycje obchodzenia Wielkiego Tygodnia. Często są bardzo piękne, tradycją sięgające czasów jezuickich - na ziemi Chiquitos, czy początków misjonowania franciszkanów - na terenach Guarayos. Nie tylko są piękne liturgie i barwne procesje przyciągające też wielu turystów, ale jest też głęboka wiara przekazywana przez wieki. Do dziś wiele nabożeństw, modlitw, śpiewów odbywa się w miejscowych tradycyjnych językach.
W wielką sobotę dopołudnia porobiłem jeszcze zakupy dla domu, potem ugotowałem z 50 jajek w łupinach od cebuli, przygotowałem trochę świątecznie nasz refektarz i dla każdego małego "zajączka", a potem udałem się do jednej z kaplic naszej parafii. Trochę po dziurach i wodzie, ale dojechałem. Tam z O. Wojciechem świętowaliśmy o 21.30 wspólnie piękną liturgię wielkosobotnią. Począwszy od poświęcenia ognia przy wielkim ognisku, poprzez piękną liturgię słowa, radosne Alleluja, chrzest 17 dzieci, a skończywszy na procesji, która też jest specyficzna. Właściwie na początku są dwie procesje... Mężczyźni, którzy idą osobną drogą za figurą św. Jana i druga z figurą św. Marii Magdaleny, za którą idą kobiety. Obie procesje innymi drogami zmierzają do jednego punktu... jakby Bożego Grobu. Tam, jak przekazuje nam Ewangelia, znaleźli pusty Grób i Chrystusa Zmartwychwstałego. Już przy dźwiękach orkiestry, petardach, dzwonach, dzwonkach wraca się uroczyście z figurą Chrystusa Zmartwychwstałego do kościoła. Cała uroczystość trwała ok. 3 godzin, ale nie czuło się tego mijającego czasu.
No i same święto Wielkanocne... już na spokojnie. Trochę w kaplicy, potem w kuchni, bo zachciało mi się zrobić śląskie kluski i czerwoną kapustę. A potem był czas dla siebie, na jakiś spacer, a wieczorem spotkaliśmy się tradycyjnie na wspólnej uroczystej rekreacji.
Oficjalnie nie istnieje drugie święto w Boliwii. Rano więc trzeba było otworzyć biuro. Ale kto zaraz po świętach przyjedzie do miasta? Było więc spokojnie. Przed południem wybrałem się do biskupa pomocniczego Santa Cruz - Bp. Stanisława. Pochodzi z Legnicy. Zadzwonił parę dni wcześniej i zaprosił na obiad. Oprócz mnie byli jeszcze trzej polscy redemptoryści, których znam dobrze. Poświętowaliśmy więc po naszemu. Pośmialiśmy się przy "Samych Swoich". Kucharka biskupa, choć Boliwijka, nauczyła się już robić bardzo dobre flaczki i gołąbki. Hmmm, jakie to było dobre. A potem była jeszcze kawa i dobry makowiec. Tylko skąd on to wziął... tego już nie wiem. W Boliwii maku się nie dostanie. I jak tu schudnąć...? W każdym razie spędziłem miły drugi dzień świąt. Tak trochę po naszemu.
A potem już normalność... codzienność w prokurze i tu w domu. W domu pełno robotników. Od jakiegoś czasu pracujemy nad rozbudową naszej kaplicy św. Antoniego. Mury się dźwigają z dnia na dzien. Ale to jeszcze potrwa. Tu tempo pracy jest wolniejsze..., poza tym wszystko zależy od możliwości finansowych. A czasem inne sprawy są ważniejsze niż mury.
Choćby wspomnieć tylko powodzian... którzy niestety ciągle mieszkają w namiotach. A rzeka Rio Grande parokrotnie znów zalewała na nowo cale El Fortin i dalej inne wioski na tzw. Brechii. W tym roku wyjątkowo dużo opadów przeciąga całą porę deszczową. Dopóki stan wody w rzece nie opadnie, trudno przewidywać, trudno decydować, co będzie dalej. Trzeba czekać i wierzyć, że będzie można jeszcze wrócić.
Zbliża się czas pierwszych wyjazdów urlopowych. Już jutro wylatuje tu z naszego domu po 4 latach nasz O. Clemente. Pochodzi z Południowego Tyrolu (Italia), a więc z jednego z najpiękniejszych skrawków Europy. Na pewno cieszy się już na to spotkanie ze swoimi Dolomitami - ze swoimi pięknymi górami, ze swoją rodziną. No i cieszy się też, jak mówi, na tradycyjne potrawy Südtirolu - Speckklöse. No to mu życzę miłego odpoczynku i niech se chłop poje. Także nasz "Poznaniak" z Wikariatu O. Andrzej z San Ramon leci w tych dniach pokosztować znów te swoje "pyry" i odpocząć trochę. Jest przyjęte, że urlop jest raz na 3 lata przez 3 miesiące. Chciałoby się częściej... najlepiej raz na dwa lata, ale wiąże się to jakby nie było z wielkimi kosztami przelotów. Które niestety przez ostatnie miesiące znów mocno poszły w górę. W tym roku wyjątkowo sporo ludzi rusza na urlopy? jak wiecie, ja też. Ale poczekam, aż znów ci pierwsi wrócą. Nie mogą wszyscy wyjechać naraz.
Co by Wam jeszcze napisać. Nasz Biskup Antoni przez święta był w Concepción, w ostatnich dniach odwiedził parafię San Antonio de Lomerio, bierzmował także w parafii San Ramon, a dziś dojedzie do Santa Cruz. Na krótko..., we wtorek musi być już w Cochabambie, bo zaczyna się Konferencja Episkopatu Boliwii.
Także gwardiani czyli "szefowie" naszych domów spotykają się tego tygodnia na swym corocznym spotkaniu przełożonych także w Cochabambie. Często wszystko koncentruje się na Cochabambie, bo jest najbardziej centralnie położona. No to niech sobie tam obradują... a ja znów zaczynam normalny tydzień.
No to życzę Wam wszystkim wiosny i dużo słońca... niech tego boliwijskiego też trochę do Was doleci.
Pozdrawiam serdecznie... i do następnego razu.
Tarcisio OFM - Józek
|