|
I Adwent - 2005
Dziś rano w naszej kaplicy zapaliliśmy pierwszą święcę na wieńcu adwentowym... znak dla nas wszystkich, że zaczął się czas oczekiwania... Tyle że atmosfera na zewnątrz nieco inna. Słonecznie, zielono i ciepło... taka to dziś jest ta pierwsza niedziela adwentu w Santa Cruz... W przeciwieństwie do Was... dochodzą do mnie wiadomości, że zima przyszła do Polski, do Niemiec..., śnieg, mróz. No cóż, do tego nam daleko... Trzeba by pojechać 1000 km do la Paz i wjechać jeszcze na wysokość ponad 5000 m n.p.m., żeby poczuć znów śnieg w ręku. A że zbytnio za takimi wysokościami nie tęsknię, bo chcę sobie zaoszczędzić duszności i bólu głowy, tak szybko tego śniegu więc nie zobaczę i nie poczuję.
Tydzień jak zwykle był ruchliwy. Ludzi z Wikariatu w mieście nie brakowało... każdy w swoich sprawach... Zakupy, urzędy, lekarze, dentyści... to wszystko, co załatwia się w mieście. Każdy też chce odetchnąć od swoich codziennych trosk i obowiązków. Dlatego dobrze, że tu u nas w św. Antonim mają taką możliwość. Przez nasz klasztor ciągle przechodzi wiele gości, wielu współbraci. W ciągu dnia, kiedy nasze biuro jest czynne, zawsze można spotkać kogoś. Bo w prokurze nie tylko pracujemy dla współbraci... ale dla wszystkich w Wikariacie. Czy są to księża diecezjalni, czy siostry, czy pracownicy świeccy. Każdy jest jakąś cząstką tego naszego wspólnego dzieła misyjnego. Dlatego też te nasze relacje między nami są bardzo rodzinne. Gdy jestem w drodze po Wikariacie, wiem, że wszędzie w każdym domu mogę się zatrzymać, odpocząć. Zawsze się znajdzie coś do picia, do zjedzenia, znajdzie się hamak na sjestę, albo jakieś lóżko, by przenocować, gdy się już jest zmęczonym. Jest więcej solidarności, otwarcia jednego na drugich, pomocy... Tak było też, gdy w środę rano pojawiła się nagle w biurze siostra Aparecida pracująca w Quatro Canadas ze smutną wiadomością, że musi jak najszybciej do Brazylii, gdyż zginął jej młodszy brat (29 lat). Nam wszystkim było jakoś żal i przykro. Oj, cośmy się "nagimnastykowali" przez telefon... żeby jeszcze tego dnia mogła polecieć do swoich starszych już rodziców... Już byliśmy na lotnisku i jeszcze nie wiadomo było, czy wszystko się uda... ale udało się! Jakoś mi i nam wszystkim lżej się na sercu zrobiło.
Tego samego dnia żegnaliśmy też wracających do Niemiec gości - rodz. Klimek, znajomych Br. Feliksa i nas wszystkich. Parę dni wcześniej wrócili z wielkich wysokości boliwijskich z jeziora Uiuni - największego na świecie jeziora solnego. Trochę mieli tam problemów z wysokościami... a nie jest to nic przyjemnego. Znam to z La Paz, z Copacabany. Brakuje tlenu, ból głowy, ból żołądka... nie każdy umie to znieść dobrze. Ale na szczęście cało i zdrowo wylądowali jednak w Santa Cruz... a wrażeń będą mieli teraz co niemiara. Bo ponoć widoki na Lago Uiuni są jednorazowe i niezapomniane.
Dziękujemy w każdym razie pięknie rodzinie Klimek za ich odwiedziny, za ich "wierność" Boliwii, za całą dobroć i za wszystko, co dla nas też czynią, będąc w Europie. Niech dobry Bóg Wam to wynagrodzi!!!
A skoro mówimy o podziękowaniach, to dziękuję też wszystkim, którzy zareagowali i pospieszyli już z pomocą ofiarom pożaru domów w Yaguaru. Ta pomoc nadeszła już z Grafrath - tak od parafian jak i z klasztoru; wiem, że jest też w drodze pomoc od dzieci dla dzieci - dzięki na Twoje ręce, O. Flawianie. Nadeszła też pomoc z Braunschweigu od mej rodziny i znajomych, jak i od ks. proboszcza z Misji Polskiej - któremu bardzo dziękuję i serdecznie pozdrawiam. Wszystko przekazałem już siostrom, które na miejscu pracują i najlepiej wiedzą, w jaki sposób można pomoc. Dziękuję Wam serdecznie w imieniu tych najbiedniejszych. Dziękuję Wam serdecznie w imieniu naszego Biskupa Antoniego, który o Waszej pomocy też został poinformowany. Wiem, że będzie jeszcze organizowana pomoc... mam nadzieję, że będziemy mogli dalej dzięki Waszej pomocy pomagać... i sprawić, by radość Bożego Narodzenia była też w sercach tych ludzi. Bóg Wam zapłać za wszystko!!!
Pomału krótka boliwijska wiosna przechodzi w gorące lato. Obfite opady w ostatnim czasie sprawiły, że wszystko wokoło znów jest zielone. Pięknie kwitną drzewa, krzewy, kwiaty... to naprawdę piękny czas... choć trzeba znosić (niestety) upały.
Wczoraj doszła do mnie smutna wiadomość o śmierci Siostry Nigandy. Nam franciszkanom osoba dobrze znana, bo przecież przez ostatnie kilkanaście lat pracowała w Domu Pielgrzyma na Górze św. Anny, służąc tam nie tylko pielgrzymom, ale także nam, franciszkanom. A że Siostra Niganda była koleżanką z ławy szkolnej mojej już śp. Mamy, znalem ją już od mych najmłodszych lat. Wiem, że w niej miałem zawsze najlepsze "zaplecze" modlitewne w mojej intencji. Pamiętam dobrze ten widok z kaplicy Domu Pielgrzyma... jak klęczała już wcześnie rano, a nieraz późno w nocy na kolanach, przed Najświętszym Sakramentem... Wiem, że moje franciszkańskie powołanie to też owoc jej świadectwa życia franciszkańskiego, jej dobrego serca i dobroci. Niech św. Anna i św. Franciszek wprowadzą jej duszę do bram raju, a dobry Bóg niech wynagrodzi jej cierpienia i ofiary znoszone na tej ziemi... Będę na pewno w środę o 11.00 łączył się myślami i modlitwą z wszystkimi odprowadzającymi ją na wieczny odpoczynek na cmentarzu w Dobrzeniu Wielkim. Zegnam ją jakbym żegnał kogoś bardzo bliskiego z mojej rodziny. Jeśli ktoś mógłby uczestniczyć w tych uroczystościach pogrzebowych w moim imieniu... cieszyłbym się bardzo.
Trochę smutnym akcentem kończę dzisiaj. Ale chciałbym w tym krótkim Memento o śp. S. M. Nigandzie wspomnieć i uczcić dobrego i wspaniałego człowieka, wspaniałego przyjaciela, dla mnie wzór życia zakonnego i franciszkańskiego. R.I.P
Pozdrawiam i życzę spokojnego Adwentu...
Tarcisio OFM
|